„50 twarzy Greya” – recenzja filmu

Otwierająca film piosenka You Put A Spell On Me zdaje się swoim tekstem obrazować fenomen 50 twarzy Greya. Gdy Annie Lennox śpiewa „I love you anyhow”, trudno nie pomyśleć o tym, z jaką wytrwałością tłumy fanów wciąż interesują się historią Anastasii Steele i Christiana Greya mimo wielu negatywnych recenzji, opinii i wyśmiewania.

Po obejrzeniu tego arcydzieła nie dziwi mnie szczególnie, że ludzie zachodzą w głowę, co u licha sprawia, że kolejne odsłony sagi o Greyu zarabiają kolejne miliony. Ja też tego nie pojmuję – to harlekin tak boleśnie nudny, banalny i przewidywalny, że głowa boli.

Pierwszy obowiązkowy element: główna bohaterka powinien być zarazem taka, jak wszyscy, i inna od nich. Typowy kopciuszek, ale na przykład bardzo sprytny lub inteligentny. W 50 twarzach Greya mamy zatem Anę, istotnie szarą myszkę, naiwną i nieśmiałą, co chwila zagryzającą dolną wargę – stereotyp odhaczony. Dziewczyna studiuje literaturę angielską i ma rzekomo wysokie IQ… ale równocześnie zapomina zabrać długopis na wywiad, do którego w ogóle się nie przygotowuje, nie czyta podpisywanej umowy, a na widok samochodu mówi „To samochód” i co chwila powtarza „O mój Boże”. Jak na osobę z wyższym wykształceniem niezbyt to imponujące.

Drugi obowiązkowy element: główny bohater powinien być przystojny, trochę tajemniczy, najlepiej z jakąś tragiczną przeszłością, do tego opływać w kasę i umieć robić wszystko. Christian Grey jest zdystansowany, nic o nim nie wiadomo, ma cały garaż samochodów, pięć sekretarek, prywatny helikopter, który oczywiście potrafi pilotować, a do tego także grać na fortepianie. Pokazuje Anie życie, którego ona do tej pory nie znała, opiekuje się nią. Nic, tylko się zakochiwać w ideale.

Trzeci obowiązkowy element: bohaterowie spotykają się i od razu między nimi iskrzy. On robi dla niej rzeczy, których nigdy wcześniej dla kobiety nie robił – dla Christiana taką nietypową zmianą jest na przykład… spanie w jednym łóżku z Anastasią. Oraz to, że na trzeciej randce przedstawił ją swojej matce, która nigdy wcześniej nie widziała go z kobietą, to, że pozwolił się z Anastasią sfotografować, oraz to, że zgadza się na typowe randki – bo normalnie to dla niego zbyt skandaliczne wyskoki. Mniej łopatologicznie byłoby chyba tylko gdyby bohaterowie w trakcie rozmowy trzymali tabliczki z napisem „JESTEŚMY WYJĄTKOWI”.

Czwarty obowiązkowy element: pojawia się jakaś przeszkoda, która nie pozwala być im ze sobą. Tą przeszkodą są w tym przypadku specyficzne upodobania Greya do BDSM. Panna Steele ma z tym pewny problem, zwłaszcza że jest – również mile widziany element harlekina – dziewicą, a on za to doświadczonym kochankiem. Nic nie szkodzi, on ją wprowadzi i nauczy wszystkiego.

Ale to, że 50 twarzy Greya to najzwyklejszy w świecie i do bólu przewidywalny harlekin, to jeszcze nie powód, by się dziwić jego popularności. Niejedna historia miłosna, jakkolwiek banalna i nudna, zdobyła sobie wielu fanów.

Rzecz w tym, że gdyby jakikolwiek mężczyzna zachowywał się wobec jakiejkolwiek kobiety tak, jak Christian wobec Any, po dwóch minutach zostałby skazany przed sądem za prześladowanie. Christian stoi przed Aną i bez powodu rozbiera się w połowie zdania. Odholowuje wprawdzie nieprzytomną dziewczynę z imprezy, ale tym razem dla odmiany rozbiera ją, i dopiero wtedy kładzie do łóżka. Nie rozumie słowa „nie”. Bez pytania sprzedaje jej ukochany samochód i wymienia na inny. Ingeruje w jej życie prywatne: jest oburzony, że ośmieliła się wypić drinka, żąda, by przestrzegała narzuconej przez niego diety, używała określonych słów, chodziła do wyznaczonego lekarza, okazywała mu bezwzględny szacunek i posłuszeństwo. Anastasia ma być „cała jego”. A swoją chorobliwą kontrolę Christian uzasadnia jakże merytorycznie: „Bo taki jestem”.

A ona mu na to wszystko pozwala – chyba tylko dlatego, że Christian co jakiś czas beznamiętnie wzdycha: „Co ty mi robisz?…”, „Bo ty mnie zmieniasz”. Zdarzają się jej przebłyski inteligencji i poczucie własnej godności – „Pójdę do domu, póki mam jeszcze odrobinę wolnej woli” – ale co widzowi po tym, skoro po trzydziestu sekundach Christian znów robi z nią, co mu się żywnie podoba.

Doskonale rozumiem, że harlekiny i komedie romantyczne służą niektórym ludziom – bo przecież nie wyłącznie kobietom – jako odskocznia od rzeczywistości. Odskocznia, w której przewidywalność jest wręcz pożądana, bo czytelnik lub widz nie chce być zaskakiwany, a to gwarantuje mu codzienne życie – i od niego właśnie próbuje uciec. Skandaliczne czy podmiotowe traktowanie kobiety nie jest jednak cechą gatunkową harlekinów, a takie przesłanie właśnie – bądź mi wierna, rób, co mówię, nie dyskutuj, nie myśl samodzielnie – płynie z 50 twarzy Greya.

Nie gustuję w filmach czy książkach erotycznych, film Sam Taylor-Johnson obejrzałam raczej z badawczej ciekawości oraz dlatego, że był dostępny na Netflixie, a my z chłopakiem akurat byliśmy w nastroju, żeby się pośmiać. W trosce o wasze zdrowie psychiczne seans jednak odradzam.