filmy

„One More Time With Feeling” – recenzja muzycznego dokumentu z Nickiem Cave’em

Kiedy rok temu muzyczny świat dowiedział się o śmierci piętnastoletniego Arthura Cave’a, jednego z synów Nicka Cave’a, wszyscy spodziewali się, że ta strata odbije się na jego twórczości; nie było tylko wiadomo, w jaki sposób. Parę miesięcy temu zespół ogłosił, że nagrano nową płytę (Skeleton Tree – w sprzedaży od piątku) oraz że jej premierze będzie towarzyszył film One More Time With Feeling. Zapowiadano je opisami mówiącymi o „dokumentowaniu przeżyć artysty próbującego poradzić sobie ze smutkiem i rozpaczą po tragicznym wydarzeniu”. Nikt nie mówił wprost o śmierci dziecka, ale też chyba nikomu zorientowanemu chociaż trochę w wydarzeniach nie trzeba było tłumaczyć, o co chodzi.

Jednak One More Time With Feeling nie podejmuje tematu od razu. W niektórych wypowiedziach widać drugie dno, ale wszyscy używają omówień i zaimków, nie tłumacząc w ogóle, czym jest „to”, o którym enigmatycznie mówi Nick, „to wydarzenie”, od którego się zmienił. Przez pierwszą połowę filmu są to tylko krótkie momenty, bo rozmowa dotyczy głównie nowego albumu, częściowo nagranego jeszcze przed wypadkiem. Zespół siedzi w studiu i brzdąka na instrumentach. Thomas Wydler popukuje w perkusję, Warren Ellis rzępoli na skrzypcach, a Nick tradycyjnie fałszuje nad fortepianem. Da się jednak odczuć, że wszyscy są przygnębieni, mimo że się uśmiechają, narzekają na ekipę filmową i żartują, zresztą włącznie z Nickiem (uśmiechnięty Nick to wciąż jeden z najbardziej przerażających widoków na świecie). Całość przepleciono piosenkami ze Skeleton Tree, Nick również sporo recytuje i często prowadzi narrację zza kadru, jakby obserwując samego siebie. Zawarł w niej dużo refleksji dotyczących na przykład tego, jak zmienił się pod wpływem przeżytej traumy i jak w tej chwili postrzegają go ludzie.

Mniej więcej w drugiej połowie filmu, skoncentrowanej głównie na Nicku, pojawiają się także jego żona Susie Bick oraz Earl Cave, brat bliźniak zmarłego Arthura. Wokalista już dawno przyzwyczaił swoich fanów, że jest skryty i nie lubi rozmawiać o swoim prywatnym życiu, dlatego wjazd kamery do jego domu mocno zaskakuje. Nick skarży się, że żona ciągle coś przestawia w domu („idziesz spać w sypialni, a budzisz się w salonie”), Susie pokazuje swoją kolekcję ubrań, Earl fotografuje ekipę filmową.

one more time with feeling

Pod koniec Nick i Susie w paru zdaniach opowiadają o przeżytej traumie; ona jest bardziej bezpośrednia i otwarta, on raczej zacięty, milczący. Opisują, jak starali się zaakceptować fakt, że życie toczy się dalej, że nie potrafią poradzić sobie z bólem i odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Nick, choć bardzo wstrzemięźliwy w wypowiedziach, właśnie dlatego się odsłonił – tym razem nie jako artysta, ale jako człowiek; był umiarkowanie wylewny, ale to właśnie jego milczące reakcje mówią o nim więcej, niż on sam chciałby może ujawnić. Zwierzenia małżeństwa sprawiają, że One More Time With Feeling staje się elegią poświęconą nie tylko Arthurowi, ale także jego rodzicom, którzy próbują odnaleźć się w nowym świecie bez syna. Ten elegijny charakter filmu podkreśla fakt, że produkcja jest niemal w całości czarno-biała.

Za zdjęcia odpowiedzialny był Andrew Dominik, który wcześniej pracował z Nickiem przy Zabójstwie Jesse’ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda. Reżyser, pozbawiwszy się możliwości wykorzystania koloru w filmie, skoncentrował się na grze światłem oraz odbiciami. Oprócz do bólu intymnych zbliżeń na twarz Nicka znajdzie się tutaj też trochę niezbyt wyrafinowanych aluzji, jak na przykład spadająca na ziemię – niczym Arthur z klifu niedaleko Brighton – kamera, podczas gdy zza kadru słyszymy Nicka rozprawiającego o wypadkach.

W 2014 roku ukazało się 20 000 dni na Ziemi – również film o Nicku Cavie podczas nagrywania płyty (Push the Sky Away z 2013 roku), ale o zupełnie innym Nicku Cavie – roześmianym, rozluźnionym, żartującym, wyraźnie szczęśliwym, na koniec oglądającym Człowieka z blizną ze swoimi dziećmi. W One More Time Feeling nieobecność Arthura została wyraźnie zaznaczona, ale przy tym wszystkim film nie jest w ogóle rozdzierający. Jego siła leży raczej właśnie w chłodnym, pozornym opanowaniu i spokoju Susie oraz Nicka, w tym, że nikt nie szlocha rozpaczliwie i drżącym głosem opowiada, jakim cudownym synkiem był Arthur. Szkoda tylko, że w ogóle zaistniała potrzeba nakręcenia takiego filmu.

Tekst pierwotnie ukazał się na film.org.pl.