Oscary 2018 – filmy krótkometrażowe aktorskie i animowane. Minirecenzje i typy

Mimo szczerych chęci nie udało mi się w tym roku nadrobić wszystkich filmów pełnometrażowych nominowanych do Oscarów w tym roku. Dzięki kinu Nowe Horyzonty, które ponownie zorganizowało pokaz filmów krótkometrażowych animowanych oraz aktorskich, akurat w tej kategorii jestem na bieżąco. Włączę się zatem trochę do szału oscarowego – poniżej moje opinie na temat krótkometrażówek.

Filmy krótkometrażowe animowane

Garden Party

Gdyby nie to, że wiedziałam, że to animacja, to w życiu bym nie zgadła – wygląda jak najnormalniejszy w świecie film, tyle że o żabach. Zwierzątka skaczą sobie radośnie po opustoszałym domu, badają teren, a my stopniowo dzięki temu, co widać w tle, dowiadujemy się, dlaczego dom stoi pusty i co się stało z jego właścicielem. Niezobowiązujące dzieło, chwilami humorystyczne, ale raczej przeciętne.

Dear Basketball

Dear Basketball to chyba najsłabsza propozycja w tej kategorii. Scenariusz napisał Kobe Bryant, znany amerykański koszykarz, który dwa lata temu przeszedł już na emeryturę. Animacja wygląda dość ładnie, przypomina szkice albo ruchome rysunki na kartkach, niestety jest dość rzewna i pozbawiona fabuły. To pożegnanie Bryanta z zawodem – jako hołd właściwie nawet wzruszające, ale nominacja do Oscara stanowi już dla mnie zagadkę.

Negative Space

Główny bohater to chłopiec, którego ojciec nauczył, jak się sprawnie pakować. Ta wiedza stanowiła dla nich punkt porozumienia. Historia jest dość smutna, co w sumie czuć od pierwszej chwili, niemniej filmik ogląda się przyjemnie. Animacja ma bardzo ciekawy punkt wyjścia i aż szkoda, że nie trwa chociaż trochę dłużej – bo jedyne pięć minut.

Revolting Rhymes, część pierwsza

Najdłuższa z obecnych w zestawieniu animacja, bo trwająca pół godziny. To ekranizacja powieści Roalda Dahla o tym samym tytule – pisarz zreinterpretował po swojemu baśnie. W filmie jest dużo typowo brytyjskiego humoru, którym mnie zresztą produkcja ujęła, choć dwie osoby znające się na animacjach lepiej niż ja twierdzą, że było trochę niedociągnięć technicznych.

Lou

Bardzo sympatyczna, ciepła opowieść o tajemniczym potworku mieszkającym w pudełku z rzeczami zagubionymi. Potworek chyba cierpi na lekką nerwicę natręctw – sprząta plac i w biegu poprawia tabliczki tak, żeby były trzy krzyżyki zamiast dwóch krzyżyków i kółka – ale dzielnie opiekuje się zabawkami uczniów szkoły podstawowej. Animację zrealizował Pixar i chyba dlatego nie obeszło się bez dydaktycznego wątku, który zdecydowanie osłabia skądinąd naprawdę uroczą historię.

Podsumowanie

Prawdę mówiąc, żadna z tych animacji szczególnie mnie nie urzekła, bo wprawdzie wszystkie oglądało mi się dobrze, to jednak poziom jest wyrównany. I niestety średni.

Mój faworyt: Lou – mimo trochę męczącego, moralizatorskiego przesłania. Za pomysłowość w przedstawianiu tytułowego potworka i za jego wdzięk.

Filmy krótkometrażowe aktorskie

My Nephew Emmett

Szczerze mówiąc, nie jest mi łatwo ocenić ten film. Przed wyjściem do kina wiedziałam już, jak potoczyły się losy czarnoskórego czternastolatka, którego w latach pięćdziesiątych oskarżono o zalecanie się do białej kobiety. Spodziewałam się czegoś rzeczywiście mocnego, a dostałam czuwanie w domu. Nie intrygowało mnie tajemnicze zachowanie wujka chłopca, nie czekałam w napięciu, co się stanie. To, co było najbardziej poruszające w historii Emmetta, nie zostało w ogóle pokazane. Być może komuś, kto nie wie, co spotkało chłopca, ten film spodoba się bardziej.

DeKalb Elementary

Fabułę można streścić w jednym zdaniu: do szkoły podstawowej wchodzi uzbrojony mężczyzna – i trafia na wyrozumiałą recepcjonistkę. To bardzo dobry film, pełny emocji, w dodatku zainspirowany rzeczywistymi wydarzeniami. Jeżeli pamiętacie Antoinette Tuff i zajście w szkole w Atlancie, już wiecie, jak się skończy film. Za to jeżeli nie pamiętacie, prawdopodobnie parę razy zapomnicie o oddychaniu.

The Silent Child

The Silent Child to historia głuchej dziewczynki Libby i jej opiekunki. Temat również potencjalnie bardzo interesujący, zwłaszcza że rodzina nie umiała nawiązać z Libby kontaktu. Obserwowanie, jak mała się zmienia dzięki temu, że może wreszcie z kimś porozmawiać, było ciekawe. Całość jednak sprawia wrażenie raczej wstępu do pełnometrażowego filmu – parę wątków nie zostało rozwiniętych, a film kończył się trochę ni w pięć, ni w dziewięć.

My wszyscy (Watu Wote)

Kolejny film z misją – tym razem o tym, że muzułmanin nie równa się terrorysta – i ponownie zainspirowany prawdziwymi wydarzeniami (atak Asz-szabab na autobus, którym jechali muzułmanie i chrześcijanie). Ponownie było tutaj sporo potencjału, ale niestety zmarnowanego. Prolog jest zbyt długi, aktorstwo nie najwyższych lotów, a przesłanie łopatologiczne. Krótki metraż krótkim metrażem, ale wystarczyłoby parę zmian w rodzaju skrócenia prologu i oglądałoby się o wiele lepiej.

The Eleven O’Clock

Do psychiatry przychodzi pacjent przekonany, że to on jest psychiatrą. Na tym właściwie mogłabym poprzestać, bo to wystarcza, żeby wyobrazić sobie potencjał komiczny tego filmu. Ogląda się go fantastycznie (choć zakończenie odgadłam bardzo szybko), jest przezabawny i podobno inspirowany skeczami z Kawałka Frya i Lauriego – co zresztą widać od razu. Fani brytyjskiej komedii będą się świetnie bawić, oglądając ten film.

Podsumowanie

Popieram mówienie o sprawach trudnych, ale trzeba umieć zrobić to dobrze. Filmy nominowane w tej kategorii za jednym wyjątkiem (Eleven O’Clock) są łopatologiczne i dosadne. Wystarczyłoby podejść do tematu odrobinę subtelniej i byłoby naprawdę lepiej.

Mój faworyt: Zdecydowanie Eleven O’clock. Nie tylko ze względu na to, że nie jest śmiertelnie poważny, lecz także dlatego, że autentycznie bawi i 15 minut mija jak z bicza strzelił. Na drugim miejscu DeKalb Elementary – za pokazanie, że trzeba traktować innych jak ludzi.