korekta

5 najczęstszych przyczyn błędów w książkach i dlaczego to nie zawsze wina korekty

Wiele osób, gdy znajdzie błąd w książce, krzyczy: „Gdzie była korekta?”. Ewentualnie, jeśli wiedzą, czym się różni korekta od redakcji, „Gdzie był redaktor?”. Dopóki nie zaczęłam się zajmować poprawianiem tekstów, sama często tak robiłam. A potem zorientowałam się, że sprawa wcale nie jest taka prosta – i choć nadal rwę włosy z głowy nad niektórymi błędami, nauczyłam się nie obwiniać automatycznie zespołu redakcyjnego. Z doświadczenia wiem już, że wiele sytuacji niezależnych od nich może doprowadzić do tego, że znajdziecie kiedyś w książce mrożący krew w żyłach błąd.

Pierwszy, najoczywistszy powód błędów w druku to…

Niekompetencja redaktora bądź korektora

Owszem, wiele sytuacji niezależnych od redaktora albo korektora może doprowadzić do przepuszczenia jakiegoś straszliwego błędu, ale rzeczywiście najczęstszym powodem jest jednak po prostu niekompetencja osoby sprawdzającej tekst. Na rynku roi się od osób chcących pracować w tym zawodzie, jednak nie wszyscy się do tego nadają. Część to na przykład studenci filologii polskiej myślący, że skoro byli na wykładach profesora Jana Miodka, to teraz mogą zająć się korektą. Tymczasem poprawianie czyjegoś tekstu wymaga ogromnej wiedzy i nie wystarczy być dobrym z polskiego w liceum albo lubić czytać. Takie osoby mogą się nawet nie zastanowić nad pisownią niektórych słów i zostawić byki w rodzaju „zważyć masę” albo „wyrzynać trawę”. Do tego warto pamiętać, że korektor też człowiek, może mieć gorszy dzień, a na karku czuć gorący oddech deadline’u. A skoro o tym mowa…

Nierealny termin ukończenia pracy

Jak myślicie, ile czasu trzeba na rzetelne sprawdzenie tekstu? Cóż, redakcja wymaga wielu godzin intensywnej pracy umysłowej, w dodatku bardzo męczącej. Zdarzyło mi się, że dostałam tekst naukowy o objętości niemal stu stron i dwa tygodnie na redakcję. Do tej pory nie wiem, jak to zrobiłam, boję się sprawdzać, ile rzeczy mogłam przeoczyć. Innym razem wysłano mi do korekty poskładowej ponad czterysta stron na za dwa dni. W dodatku był to tekst, który wcześniej redagowałam, więc wzrastało ryzyko, że nie zauważę po sobie błędu. Niestety takie przypadki to norma – mało kto zdaje sobie sprawę, jak wiele rzeczy należy sprawdzić podczas korekty (o tym zresztą niebawem napiszę), i że nie można tego zrobić w ciągu jednej doby.

Autor wiedział lepiej

Niektórym po prostu nie wytłumaczysz. Nie akceptują, że użyli słowa w złym znaczeniu, że popełnili błąd stylistyczny, że w ogóle mogli cokolwiek źle zrobić. Redaktor może zaznaczać sobie źle brzmiące fragmenty do upojenia, ale nic to nie da, jeśli autor użyje słów, które jego zdaniem pozwalają na wszystkie językowe wybryki: licentia poetica. Jak by nie patrzeć, ostatecznie to jednak autor bierze na siebie odpowiedzialność za to, co napisał. To jego nazwisko jest na okładce. Jeśli odrzuca wszelkie wyjaśnienia i nie daje się przekonać, naprawdę niewiele można zrobić.

Liczba błędów przed poprawieniem tekstu była olbrzymia

Istnieją teksty tak naszpikowane błędami, że po przeczytaniu jednej strony redaktor zastanawia się, czy nie podłączyć sobie kroplówki z alkoholem, żeby nieco stłumić cierpienie. Być może książka, w której akurat znaleźliście jakąś literówkę albo brakujący przecinek, była tak fatalnie napisana, że redaktor poprawił wszystkie siedem tysięcy błędów, a przeoczył ten siedmiotysięczny pierwszy. Zajmowałam się i takimi tekstami – uwierzcie, łatwo dostać migreny od zbędnych i dodatkowych przecinków, źle zapisanych nazwisk, tytułów, błędów gramatycznych i stylistycznych oraz powtórzeń – i w efekcie przegapić akurat tę jedną literówkę.

Niegotowy skład, ale „gotowy do korekty”

„Jeszcze musimy wgrać zdjęcia i podpisy, ale resztę można sprawdzać”. „Nie ma jeszcze strony redakcyjnej, ale pozostały tekst jest gotowy do korekty”. Często zdarza się, że korektor dostaje do sprawdzenia nieskończony materiał, a potem tekst idzie prosto do druku, nie wraca do korektora. Bo przecież w tak krótkim fragmencie nie da się popełnić żadnych błędów…

Tak na marginesie, warto też pamiętać, że wprawdzie korektor sprawdza tekst, ale to składacz nanosi poprawki. Jeśli jest dużo rzeczy do skorygowania, składacz – często także pracujący na akord – może coś przeoczyć, nie poprawić literówki. Albo zgodnie z uwagą korektora przenieść tekst do następnej linijki i nie zauważyć, że dwa wiersze niżej coś się rozjechało albo powstał błąd, o którym on może nie wiedzieć.

Wszystko sprowadza się właściwie do pośpiechu – trudno oczekiwać od redaktora/korektora, by w ciągu kilku dni wyłapał wszystkie błędy, które popełnił autor. Często upewnienie się co do prawidłowej pisowni albo użycia jakiegoś słowa wymaga sięgnięcia do słownika, skonsultowania się z fachowcem albo z autorem. Ani redakcja, ani korekta nie równają się zwykłemu czytaniu tekstu – to skomplikowana praca, na którą często daje się nam za mało czasu.

PS Błąd ze zdjęcia wyróżniającego znalazłam w Mieczu przeznaczenia Andrzeja Sapkowskiego. Podałabym pełny opis bibliograficzny, ale książkę wypożyczałam z biblioteki dwa lata temu.