korekta, ulubione

Dlaczego korekta to ciężka praca, której nikomu nie życzę?

Wiele osób uważa, że korekta to tylko jakieś tam czytanie tekstów, poprawienie paru przecinków i wystarczy. Część zdaje sobie sprawę, że to może być męcząca praca, ale mało kto wie, jak bardzo. Tymczasem to naprawdę wykańczająca robota – korektor musi pilnować drobiazgów, o których normalny człowiek przy czytaniu książki albo recenzji w ogóle nie myśli.

Przygotowałam fragment tekstu, na którym pokażę wam, o ilu rzeczach trzeba pamiętać, robiąc korektę. Od razu uprzedzam, że nie jestem mistrzynią preparowania tekstów i nie chodziło mi o zachowanie pięknego stylu wypowiedzi czy stuprocentowej logiki wszystkich zdań, tylko o same przykłady błędów. Darowałam sobie jedynie upychanie na siłę błędów ortograficznych i interpunkcyjnych – bo o tym, że korektor musi je zlikwidować, akurat wszyscy wiedzą.

Widziałam już z 15 filmów Marvela, ale „Doctor Strange” to akurat jeden z niewielu, który mi się rzeczywiście podobał. Cumberbatch w roli Stevena Strange’a był świetny, choć brzmiał dziwnie z amerykańskim akcentem. Podobało mi się wiele rzeczy: humor, efekty specjalne… Film robi niesamowite wrażenie swoją stroną audio-wizualną, był nawet za nią nominowany do BAFTY. Było też bardziej wesoło niż w innych marvelowskich filmach. Żałuję tylko, że Mads Mikkelsen jako super złoczyńca niewiele miał do roboty. To jest de facto utalentowany aktor, a nie bardzo się wykazał. Może miał akurat te tzw. ‘gorsze dni’. W każdym razie, Doktor Strange miał świetne wyniki w box office. Według mnie zasłużenie, zamierzam zresztą kupić sobie dvd albo Blu-Ray. Na koniec ciekawostka – reżyser filmu, Scott Derrickson, jest także scenarzystą Egzorcyzmów Emily Rose, o których wiele słyszałam.

Tekst jak tekst, mało porywający, ale wygląda znośnie, prawda? Nie ma literówek ani żadnych rażących błędów.

No to jedziemy po kolei.

1. Widziałam już z 15 filmów Marvela, ale „Doctor Strange” to akurat jeden z niewielu, który mi się rzeczywiście podobał.

Tak na dobrą sprawę dopiero przy lekturze kolejnych zdań można się zorientować, że coś jest nie tak. Raz jest bowiem angielski tytuł, raz polski, raz jest w cudzysłowie, raz jest kursywą. Trzeba się zdecydować na jedną konwencję. Zwykle przyjmuje się polskie tytuły i pisownię kursywą. Doktor Strange to o tyle kłopotliwy przykład – wybrałam go zresztą nieprzypadkowo – że tytuł to równocześnie pseudonim bohatera. Podczas lektury recenzji trzeba potrójnie uważać, kiedy autor ma na myśli film, a kiedy bohatera. Wbrew pozorom to wcale nie jest takie proste, szczególnie jeśli dany autor akurat ma tendencje do pisania labiryntu zdań, od którego nawet Tezeusz dostałby migreny.

Trzeba też pilnować konwencji liczebników. W wypowiedziach bohaterów w prozie wszystkie liczebniki powinny być zapisane słownie (w narracji są wyjątki). Każdy rok tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty dziewiąty, każda data, godzina, wszystko. Dla tekstów niebeletrystycznych są trzy podstawowe konwencje zapisu liczb. Nie będę ich przytaczać, bo mnie samą to nudziarstwo usypia błyskawicznie. Niemniej przy korekcie, a zwłaszcza recenzji czy artykułów, też trzeba uważać – nie mogą być na zmianę „lata 90.” i „lata dziewięćdziesiąte”.

Kiedyś o mało nie trafił mnie szlag: dostałam wytyczne od wydawnictwa, że liczebniki porządkowe mają być zapisane słownie. Poprawiałam dzielnie każdy rok, każdy dzień, wszystko, co było porządkowe – i nie było tego mało – a potem, gdy odesłałam poprawki, dowiedziałam się, że „no ale przecież nie daty!!”.

2. Cumberbatch w roli Stevena Strange’a był świetny, choć brzmiał dziwnie z amerykańskim akcentem.

Rzecz, na którą mało kto zwraca uwagę: kiedy wymieniamy pierwszy raz czyjeś nazwisko, musi być z imieniem. Tutaj powinno być od razu „Benedict Cumberbatch”. Nawet jeśli to oczywiste, że jeśli Cumberbatch, to tylko Benedict, skoro Tarantino, to Quentin, a Scorsese to Martin. Ma być i imię, i nazwisko, dopiero potem można skrócić.

Rzecz, którą można łatwo przeoczyć: bohater nazywa się Stephen Strange. Tego rodzaju pomyłki to plaga, bo autorzy często nie zwracają uwagi na prawidłową pisownię imion i nazwisk. Najgorzej, jeśli przekręcą czyjeś imię albo nazwisko z prawdziwego na prawdziwe, tylko nieprawidłowe. Steven a Stephen, co za różnica przecież. Nie zliczę, ile razy poprawiałam Marylin Monroe, Leonarda Di Caprio czy Roberta DeNiro. Za każdym razem, kiedy autor nie sprawdza pisowni czyjegoś imienia albo nazwiska, gdzieś na świecie ginie mały kotek. A te dane mogą być też do tego stopnia przekręcone, że sprawdzenie właściwej pisowni zajmie mi dziesięć minut. Zwykle, jeśli jest jakiś błąd, sprawdzenie w Googlach frazy „Marylin Monroe” od razu pokaże, co jest nie tak, ale autorzy, czując na karku oddech zbliżającego się albo wręcz mijającego terminu, potrafią narobić takich literówek, że Google mówią „Przepraszam, ale ktoś taki nie istnieje”.

A potem, jeśli już wiem, jak się nazywa dany człowiek, pozostaje kwestia odmiany. Pół biedy, jeśli sprawdzam akurat tekst o kimś znanym i nie muszę upewniać się, czy Charles Manson to Amerykanin, czy Francuz (imię Charles odmienia się różnie w zależności od pochodzenia). Ale musiałam kiedyś odmienić taki zestaw: Benj Pasek. I bądź tu mądry, człowieku, jak to ma wyglądać w dopełniaczu. Benja Paseka? A może Paska, brzmi przecież dość swojsko. Może akurat ktoś w redakcji wie, czy Pasek nie jest Polakiem z pochodzenia? Po trzech godzinach badań i konsultacji z koleżanką po fachu stanęło na „Benja Paseka” – a to było tylko jedno nazwisko w tekście długim na 15 stron.

3. Podobało mi się wiele rzeczy: humor, efekty specjalne…

Drobiazg, ale dwukropka powinno się używać wtedy, gdy wymieniamy minimum trzy rzeczy. Jak myślicie, ile osób nadużywa dwukropka, kiedy coś wyliczają?

Tak, słusznie myślicie, dużo.

4. Film robi niesamowite wrażenie swoją stroną audio-wizualną, był nawet za nią nominowany do BAFTY.

Jak wy byście to napisali? Audio-wizualną czy audiowizualną? Nominowany do BAFTY? BAFT-Y? A może BAFT-y?

Albo, bardzo proszę, inne kłopotliwe przykłady: krytyczno-literacki czy krytycznoliteracki? Hmm, punk rockowy czy punkrockowy? A co z przymiotnikiem od rock and rolla?

Żeby korektorowi nie było za lekko, to zależy od tego, co autor chciał powiedzieć. Dywizu używa się między innymi do łączenia ze sobą słów, które są sobie równe. Po ludzku sprowadza się to do tego, że na przykład zwrot „kolor biało-czerwony” może opisywać flagę Polski, ale już „białoczerwony” to po prostu różowy, mieszanka dwóch barw. Dlatego „audio-wizualny” i „krytyczno-literacki”, jeśli chodzi o kwestie audio i wizualne (lub krytykę i literaturę), ale „audiowizualny” i „krytycznoliteracki”, jeśli chodzi o przenikanie się tych dziedzin. Na szczęście zwykle chodzi o to drugie.

No dobra, a co z tymi nominacjami? Nominowany do BAFT-y? Do BAFTA? To bolesne i mój umysł wzbrania się przed przyjęciem tego do wiadomości, ale niestety nominowany do BAFT-y. To dlatego, że BAFTA to skrótowiec od British Academy of Film and Television Arts. Odmieniamy go zatem tak, jak rzeczownik pospolity: BAFT-y, BAFT-ą. Ewentualnie można też uprościć zapis do „Baftą”, „Bafty”, ale jak żyję nie widziałam, żeby ktokolwiek tak robił. Alternatywą jest zatem pisanie o nominacji do nagrody BAFTA.

Przymiotniki utworzone od terminów anglojęzycznych zapisujemy natomiast razem: punkrockowy, rockandrollowy. Zastanowiliście się kiedyś nad pisownią takich słów? Nie szkodzi, ja też nie. Nie wpadłam na to, że ktoś mógł to skodyfikować, dopiero na ostatnim roku studiów prowadząca zwróciła mi na to uwagę.

5. Było też bardziej wesoło niż w innych marvelowskich filmach.

Stopniowanie przymiotników staje się coraz trudniejsze. Nie coraz bardziej trudne. Tak samo jak coś jest weselsze.

W szkole za to od dawna wpaja się uczniom, że przymiotniki powinno się pisać małą literą. Nikt jednak nie mówił o przymiotnikach dzierżawczych. W analizowanym zdaniu „marvelowskie filmy” nie oznaczają dotyczą bowiem filmów wyprodukowanych przez studio Marvel, tylko filmy, które są w stylu filmów produkowanych przez studio Marvel.

Jeżeli przymiotnik zapisujemy małą literą, to znaczy, że opisywany przedmiot ma jakieś cechy. Po ludzku: dramat szekspirowski, czyli w duchu dramatów Williama Szekspira.

Jeżeli przymiotnik zapisujemy dużą literą, to znaczy, że opisywana rzecz do kogoś lub czegoś należy. Po ludzku: dramat Szekspirowski to dramat autorstwa Williama Szekspira.

Wbrew pozorom czasami zrozumienie, o które użycie autorowi chodzi, także wymaga włączenia kilku dodatkowych szarych komórek.

6. Żałuję tylko, że Mads Mikkelsen jako super złoczyńca niewiele miał do roboty.

Ciekawostka: wszystkie przedrostki piszemy łącznie z rzeczownikiem. „Super złoczyńca” jeszcze ujdzie, ale jest niepoprawne. „Superzłoczyńca” wygląda straszliwie, ale jest poprawne. Gdyby każdy autor i copywriter o tym wiedział, zastanowiłby się pięć razy, zanim napisałby na przykład o batgadżetach albo batstroju.

To dość powszechny błąd, a naprawianie tego po autorze często wiąże się z koniecznością nanoszenia dwudziestu poprawek, żeby zdanie w ogóle było zrozumiałe.

I oczywiście, żeby nie było, od zasady „przedrostki piszemy łącznie z rzeczownikiem” jest kilka wyjątków, o których korektor musi jeszcze pamiętać. O tym innym razem.

7. To jest de facto utalentowany aktor, a nie bardzo się wykazał.

Sporo osób wie, że wyrazy obce wyróżniamy kursywą. Rzecz w tym, że zasady są wyjątkowo niejasne. W Edycji tekstów Adama Wolańskiego widnieje jakże przydatna wskazówka:

„Kursywą składa się w szczególności (…) wyrazy, wyrażenia lub całe zdania funkcjonujące na prawach cytatu z języka obcego, za wyjątkiem wyrazów i wyrażeń powszechnie stosowanych (np. postscriptium, incognito)”.

(A. Wolański, Edycja tekstów. Praktyczny poradnik – książka – prasa – WWW, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2008, s. 37.)

Szkoda tylko, że Wolański nie zdefiniował dokładniej, co to są te powszechnie stosowane słowa i wyrażenia. De facto? Ergo? Alter ego? Vis-à-vis? A co z takim found footage wśród filmoznawców? Jak to rozgraniczyć? Które słowa mają być pochylone, a które już nie? Uprzedzam, że pytałam o to prowadzącą na zajęciach, a ona zrobiła wielkie oczy i powiedziała: „Eee… wie pani… nie wiem”.

Przy okazji korektor musi też pamiętać, że jeśli do obcego słowa dodaje się polską końcówkę – spotykam się dość często z zapisem bad guye – kursywę trzeba wówczas usunąć. Ot, kolejny upierdliwy drobiazg.

8. Może miał akurat te tzw. ‘gorsze dni’.

Nieumiejętne stosowanie cudzysłowów doprowadza mnie do szewskiej pasji. Co druga osoba uważa, że metafory należy ujmować w cudzysłów. Otóż nie, nie trzeba. A już zwłaszcza nie trzeba, jeśli obok stoi jak byk „tak zwane”. Ten zwrot sam w sobie sygnalizuje pewien dystans do następujących po nim słów, używanie jeszcze cudzysłowu sprawia, że wychodzi nam cudzysłowiowy pleonazm.

W dodatku ludzi ponosi fantazja i używają cudzysłowów maszynowych albo pojedynczych albo najlepiej znaku grawisu, który znajduje się pod tyldą, a więc `. Niektórzy nadgorliwi geniusze nie wiedzą, jak wstawić cudzysłów typograficzny dolny, więc używają przecinków. Zamienianie ,, na „ to jedna z najbardziej znienawidzonych czynności wśród korektorów. Zaraz po likwidowaniu wcięć akapitowych zrobionych spacją zamiast tabulatorem.

9. W każdym razie Doktor Strange miał świetne wyniki w box office.

W box office?… Nie no, trzeba odmienić. Eee, to może w box officie? Nie, też jakoś niedobrze. To może w box offisie?… Jezu, jak to źle wygląda. To może by to przeredagować tak, żeby nie musieć tego odmieniać? Nie, korektor nie powinien tak ingerować w tekst. Psiakrew, dobra, skąd ja mam teraz wiedzieć, co z tym fantem zrobić, skoro mój słownik nawet nie wie, że takie słowa istnieją?

Odrobinę hiperbolizuję, ale takie dylematy to norma. Co ze spin offem? Onelinerami? Cliffhangerem? Abstrahując od anglicyzmów, których nie lubię, a jako korektor nie mogę poprawić (bo to raczej kwestia stylu, a więc działka redaktora), muszę to przecież jakoś uporządkować.

PS To jest właśnie to zdanie, które natychmiast sygnalizuje korektorowi, że autor nie panuje nad swoim tekstem. Wcześniej był angielski tytuł w cudzysłowie, teraz jest polski kursywą.

10. Według mnie zasłużenie, zamierzam zresztą kupić sobie dvd albo Blu-Ray.

Otóż nie, mogę sobie kupić DVD albo Blu-ray. Tu akurat pisownia jest usystematyzowana, ale też trzeba wiedzieć, która jest właściwa.

DVD, ponieważ to skrótowiec. Tak po prostu. Notabene tak samo jest z VHS-em, którego wszyscy notorycznie piszą małymi literami… i nie stawiają dywizu po skrócie, czego nie wolno zrobić – końcówka fleksyjna nie jest częścią pełnej angielskiej nazwy Video Home System.

Nie powiem wam za to, dlaczego „Blu-ray”, bo mimo intensywnych poszukiwań nie znalazłam informacji na ten temat, ale ewidentnie taka nazwa obowiązuje.

11. Na koniec ciekawostka – reżyser filmu, Scott Derrickson, jest także scenarzystą Egzorcyzmów Emily Rose, o których wiele słyszałam.

Z cyklu: nieoczywiste zagadnienia interpunkcyjne: przecinki wydzielające imię i nazwisko reżysera są tutaj całkowicie zbędne. Można to oczywiście potraktować jako wtrącenie, ale wygląda trochę tak, jakby to był jeden z reżyserów i stąd to wyróżnienie przecinkami. Gdyby zdanie ułożyć odwrotnie, wówczas przecinki byłyby wręcz pożądane, dopowiadałyby, jaką funkcję pełni osoba, o której piszę:

Scott Derrickson, reżyser filmu, jest także scenarzystą Egzorcyzmów Emily Rose.

Oraz zmora wszystkich korektorów i ponownie coś, na co mało kto zwraca uwagę. Przyjrzyjcie się przecinkowi po „Rose” i porównajcie je z przecinkiem po „filmu” albo „Derrickson”. Jest pochylone, bo ktoś nie wyłączył kursywy. Ile razy autor wymienia tytuły, zwykle po prostu pochyla wszystko jak leci – bo tak jest mu wygodniej. Tyle że przecinki służące wyliczance nie są elementem tytułu, więc nie powinny być kursywą, tylko pismem prostym. A potem korektor rujnuje sobie wzrok, analizując, czy ten przecinek jest pochylony czy nie. Albo kropka. Albo myślnik, bo to też norma.

Z czasem można nabrać wprawy, ale i tak wymaga to czujnego oka i rycia nosem po ekranie albo książce. Nie polecam.

A teraz pomyślcie, że sprawdzam na przykład podsumowanie filmowe, takie długie na dziesięć stron. I w środku takie tytuły, jak Gwiezdne wojny: Część IV – Nowa nadzieja. Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy. Star Trek: W nieznane. Hot Fuzz – Ostre psy. Wbrew pozorom nie można napisać Gwiezdne wojny – Część IV: Nowa nadzieja. Albo Hot Fuzz. Ostre psy. I ten biedny korektor znów ryje nosem po ekranie i sprawdza, jaka była pisownia. Oczywiście to samo dotyczy książek, ale akurat ostatnimi czasy sprawdzam więcej tekstów związanych z filmem, więc przykładów mam na pęczki, i to bez większego namysłu.

Albo inny przykład – niech to będzie David Lynch.

Stary serial to Miasteczko Twin Peaks, nowy już Twin Peaks. Co drugi redaktor używa angielskiego tytułu, więc zamiast „Miasteczko Twin Peaks” i tak napisze „Twin Peaks”. Bądź tu teraz mądry i pilnuj, kiedy chodzi mu o który serial, zwłaszcza jeśli akurat nie jesteś obkuty z Lyncha. Jakby tego było mało, jest też problem z filmem z 1992 roku. Istnieją dwie wersje tytułu: Ogniu krocz ze mnąOgniu krocz za mną. W oryginale jest „Fire Walk With Me” , więc powinno być „ze mną”. Do tego brakuje przecinka po wołaczu. Teraz musisz spędzić dwadzieścia minut na googlowaniu okładek DVD, żeby się upewnić, jak właściwie brzmi ten tytuł, skutek będzie taki, że okaże się, że nie można tego jednoznacznie ustalić, a potem i tak jakiś troll się przyczepi, że przecież tak naprawdę to jest Ogniu, krocz beze mnie.

Kwestii kłopotliwych bywa dużo. Musiałam kiedyś sprawdzić potwornie długi tekst o Stevenie Seagalu, a autor, żeby się nie powtarzać, na zmianę z Seagalem, Stevenem i aktorem używał słowa „sensei”. No, i jak to teraz odmienić? Po polsku zbitka samogłosek w rodzaju „senseia” wygląda okropnie – a jednak jest poprawna.

Naszpikowałam ten tekst paroma rodzajami rzeczy, które jako korektorka muszę wyłapać. A takich dupereli w każdym tekście jest mnóstwo, nie opisałam nawet jednej dziesiątej tego, na co trzeba uważać. I musicie pamiętać o jednej rzeczy – to jest tylko urywek. Wyobraźcie sobie, że to artykuł (albo nie daj Boże książka) i te błędy są rozsiane na iluś stronach. Mało który autor potrafi rzeczywiście dopieścić tekst, tyle że on nie musi, a korektor już tak. Czasami trzeba czytać tekst i po pięć razy, bo za każdym razem coś nowego wpada w oko.

No to trzeba się cofnąć, sprawdzić. Zaraz, a to nazwisko jest w końcu dobrze czy źle zapisane? Szlag, a ono było wcześniej już w tekście, czy to jest pierwszy raz? Nie pamiętam tej zasady gramatycznej, gdzieś tu był mój słownik. Cholera, nie pamiętam, jak w tym czasopiśmie miały być zapisywane liczebniki. Czy ja przypadkiem na poprzedniej stronie czegoś nie przeoczyłam, gdzie to było… A potem dochodzą jeszcze kwestie korekty po składzie, o której mogłabym napisać oddzielny wpis.

I tak przez kilkadziesiąt stron.

I co, nadal uważacie, że to łatwa, lekka i przyjemna robota polegająca jedynie na czytaniu tekstu i zakreślaniu błędów ortograficznych?