Powszechnie mówi się, że Edycja tekstów to biblia edytorów, poleca się ją każdemu początkującemu korektorowi, a jeszcze częściej osobom, które chcą zadbać o poprawność językową swoich tekstów.

Ja podchodzę do Edycji tekstów z rezerwą. Mam ją, bo była mi potrzebna na studiach. Pamiętam zajęcia z redakcji tekstu, na których musieliśmy przepisywać regułki. Pamiętam kolokwia, na których sprawdzano, czy wykuliśmy, jak zapisywać imiona i nazwiska dalekowschodnie.

Zgadnij, jak często była mi ta wiedza potrzebna i jak się to ma do redakcji tekstu.

OK, przydała się kilka razy. Sprawdziłam, co potrzebowałam, odłożyłam. Zbiera kurz.

Redakcja tekstu to poprawianie stylu – a ta książka uczy przede wszystkim, jak tekst formatować. To coś zupełnie innego. Więc ani mi się zajęcia nie przydały (dwa semestry!), ani książka nie pomogła.

Niby Edycja tekstów może się przydać do tworzenia bibliografii czy przypisów. Tyle że teraz dużo źródeł znajduje się w Internecie, ludzie nawet do lektury słowników, poradników i artykułów wykorzystują czytniki.

Ta książka była wydana w 2008 roku. Jak myślisz, czy są tam aktualne zalecenia?

Noooo… nie. Powszechnie przyjęte metody konstruowania przypisów do nietypowych źródeł mocno się zmieniły.

Tyle że jedyną alternatywą dla niektórych informacji jest wyłącznie Internet.

A, i nie przydały mi się też nigdy zasady zapisywania imion i nazwisk dalekowschodnich. Bo kolejność Imię Nazwisko nie zawsze tam obowiązuje. Jeśli ktoś żyje lub pracuje za granicą, wtedy stosuje się kolejność zachodnią. Ale to w praktyce jest bardzo trudne, bo te informacje nie zawsze są łatwo dostępne. I co wtedy? Na to pytanie już Wolański nie odpowiada.

Niektórym korektorom pewnie się przydaje. Ale jeśli chcesz poprawić swój styl, trzeba szukać gdzie indziej.