„Gnój” – recenzja książki Wojciecha Kuczoka

Od wydania Gnoju minęło trzynaście lat. Autora, Wojciecha Kuczoka, chwalono za niezwykłe wyczucie języka, odwagę, poruszanie kontrowersyjnego tematu przemocy w rodzinie oraz umiejętność trafnego obserwowania rzeczywistości. Krzysztof Uniłowski zakończył nawet swoją recenzję słowami „Pilch est mort, vive Kuczok! Cieszmy się!”. Trudno nie uśmiechnąć się złośliwie, wiedząc, że od tego czasu Pilch wydał dziesięć chwalonych książek, natomiast Kuczok dwie, które przeszły bez echa i w dodatku spotkały się raczej z mieszanymi opiniami. Pytanie tylko – czy Gnój wytrzymuje próbę czasu?

Książka dzieli się na trzy części (Przedtem, Wtedy, Potem) i nie ma właściwie akcji. To zbiór luźnych opowiadań połączonych postacią narratora. Mówi przede wszystkim o swojej rodzinie, zachowując przy tym neutralność, z której rezygnuje dopiero pod koniec. O sobie mówi „dziecko rasy ludzkiej”, szczegółowo opisuje szkolne przejścia i domowe zwyczaje. Żaden aspekt jego życia nie jest wolny od turpizmu – w szkole „wszyscy cierpieli na nadmiar śliny, pozbywali się jej bez ustanku i bez okazji, jakby wszystkich nękał permanentny ślinotok”, w domu „stary K. dbał o to, żeby zawsze zadać o jeden cios za dużo, jeden raz na zapas” pejczem, a koledzy głównego bohatera w sanatorium nie szczędzili mu ciosów. Opisy przemocy są brutalne, rozbudowane i szczegółowe. Pełno w nich krwi, wymiocin i agresji; narrator mówi zresztą o „wszędobólstwie”.

Takich gier językowych jest zresztą w Gnoju mnóstwo i stanowią najmocniejszą stronę prozy Kuczoka. Pojawia się tu sporo takich ciekawych neologizmów („odzdechlaczanie”), sygnalizujących wrażliwość językową autora. Sposób, w jaki przedstawia rzeczywistość, istotnie świadczy o zmyśle obserwacji – używa bowiem również regionalizmów, naśladuje język ludzi prostych, gorzej wykształconych.

Najważniejszym wątkiem w całej książce jest relacja między starym K. a jego synem. Autor nie wykorzystał jednak w pełni potencjału tego rodzinnego związku – zabrakło tutaj głębszego portretu psychologicznego. Rzeczywistość przedstawiono zbyt oszczędnie; autor przez większą część książki stara się być obiektywny i nie oceniać żadnego z nich, ale próba suchego, zwięzłego opisu w tym wypadku się nie sprawdziła. Brak interpretacji zachowań bohaterów czy próby uzasadnienia ich postępowania nie zmusza do myślenia, a przeżycia ojca i syna nie są zbyt intrygujące. z książki można za to jednoznacznie wywnioskować, że stary K. był po prostu sadystą, który znęcał się nad swoją rodziną. Ciekawy jest fakt, że mimo tej – dość oczywistej interpretacji – kilku recenzentów próbowało go usprawiedliwiać. Najbardziej ekstremalny przykład to chyba Wojciech Wencel, który w swojej recenzji zamieszczonej w siódmym numerze „Nowego Państwa” twierdził, że to ojciec jest głównym bohaterem Gnoju i zasługuje wręcz na nasze współczucie. Świadczy to niewątpliwie o wieloznaczeniowości książki, której przekaz nie ukierunkowuje czytelnika, a odbiór i interpretacja są zależne od jego doświadczeń czy poglądów.

Krytycy – zastrzegając, że nie doszukują się podobieństw między autorem książki a jej narratorem – doszukiwali się podobieństw między autorem książki a jej narratorem. Wynikało to z dwoistego postępowania Kuczoka, który z jednej strony „zabezpieczył” książkę przed takimi oskarżeniami za pomocą prostych chwytów (podtytuł „antybiografia”, dopisek, że „wszystkie postacie i wydarzenia pojawiające się na kartach tej książki są fikcyjne”), a z drugiej strony zawarł w niej fragmenty stawiające jego zaprzeczenia pod znakiem zapytania (wiek narratora równa się wiekowi autora, podobnie jak nazwisko, które zaczyna się na tę samą literę alfabetu). W wywiadach Wojciech Kuczok przyznawał, że miał trudną sytuację rodzinną, ale zarazem starannie odcinał się od interpretacji utożsamiającej narratora z autorem, twierdząc, że Gnój to nie autobiografia.

Jak jest naprawdę – trudno ocenić. Książka Kuczoka była głośna w 2003 roku nie tylko za sprawą otaczającej ją atmosfery niedomówień, lecz także dlatego, że poruszała kontrowersyjne, trudne tematy. Dziś zapewne nie wywołałaby takiego szumu jak wówczas, ponieważ w modzie jest pisanie o innych problemach społecznych. Z perspektywy czasu widać, że Gnój nie zasłużył na zachwyty krytyków (których prognozy dotyczące Kuczoka okazały się, jak można zauważyć, nietrafione). Warto się z nim jednak zapoznać chociażby dlatego, że już teraz stanowi dowód zachodzących procesów historycznoliterackich i doskonale ilustruje fakt, że tylko parę lat dystansu do książki wystarczy na ocenienie, która chwalona lektura trafi – lub nie – do kanonu lektur za parędziesiąt lat.