książki, ulubione

„Harry Potter i przeklęte dziecko” – recenzja ósmej części sagi o Harrym Potterze

Chociaż nazwisko J. K. Rowling widnieje na okładce Harry’ego Pottera i przeklętego dziecka, a autorka potwierdziła, że akceptuje tę opowieść jako kanon swojej sagi, ta książka ma bardzo niewiele wspólnego z Harrym Potterem, jakiego znacie. Od pierwszych stron widać, że tylko patronowała przedsięwzięciu, ale nie ingerowała ani w fabułę, ani w styl, ani w postacie. Prawdopodobnie nie poprawiła ani jednego przecinka w tekście.

Ale może po kolei.

Harry Potter i przeklęte dziecko to scenariusz napisany przez Jacka Thorne’a na potrzeby sztuki wystawianej w Londynie. Ocenianie dramatu to śliska sprawa – zawsze znajdzie się ktoś, kto powie, że krytykuję tekst, bo nie widziałam go w teatrze i gdybym obejrzała go na żywo, to zmieniłabym zdanie. Częściowo mieliby rację – istnieje bowiem teatralna teoria dramatu, według której dramat jest swoistą partyturą odgrywaną przez aktorów; ocenie poddaje się wówczas raczej efekt końcowy, całość przedstawienia, nie tekst sztuki. Ale istnieje także literacka teoria dramatu zakładająca, że to normalny gatunek literacki jak epika i liryka, a więc opiniuje się właśnie tekst sztuki.

I rzeczywiście, nie byłam na przedstawieniu, więc mogę ocenić w Przeklętym dziecku jedynie materiał wyjściowy. I być może na deskach teatru, kiedy sztuka ożywa, robi lepsze wrażenie. Ale w takiej postaci, w jakiej przeczytałam ją jakiś czas temu, budzi mój żywiołowy sprzeciw.

Zacznijmy może od tego, że już w pierwszym akcie mamy trzy przeskoki czasowe i siedem drastycznie różnych lokalizacji. Nie domagam się zachowania jedności czasu, miejsca i akcji, bo od dawna nie jesteśmy w starożytnej Grecji, ale boleśnie widać, że to przerzucanie bohaterów z jednego miejsca w drugie niczemu konkretnemu nie służy. Całość sprawia wrażenie, jakby ktoś po prostu wziął napisaną, gotową prozę, przekształcił ją w scenariusz, likwidując narratora i wprowadzając didaskalia, ale nie zastanawiając się nad innymi, bardziej skomplikowanymi zabiegami.

Tekst sam w sobie także się nie broni.

W dialogach wykorzystano fragmenty sagi – zresztą na karcie redakcyjnej znajduje się dopisek, że cytowano przekład Andrzeja Polkowskiego. Taki zabieg często stosuje autor bojący się – lub, jak w tym przypadku, niepotrafiący – naśladować styl wypowiedzi bohaterów dzieła, z którego czerpie. Dzięki bezpośredniemu cytowaniu autor dostaje od czytelnika punkty za doskonałą znajomość pierwowzoru, a tekst sprawia wrażenie swojskiego, wywołuje uczucie nostalgii i stylistycznie nawiązuje do oryginału. Niestety to zazwyczaj pójście na łatwiznę; a w przypadku tego scenariusza nawet nie znając na pamięć Harry’ego Pottera, łatwo wskazać palcem, które fragmenty ewidentnie jakościowo odstają od reszty tekstu.

Używanie gotowych wypowiedzi z kanonicznego dzieła to posunięcie charakterystyczne dla fanfikcji, szczególnie tej tworzonej przez autorów mniej wyrobionych, sprawnych warsztatowo – i trudno nie zauważyć, że całe Przeklęte dziecko to historia napisana przez fana. Mamy tam inne typowe dla fanfikcji cechy. Po pierwsze, rozwijanie bohaterów, którzy byli w pierwowzorze mało wyeksponowani, ale są nam znani. Tutaj są to przede wszystkim Albus Potter, dziecko Harry’ego, oraz Scorpius Malfoy, dziecko Dracona. Po drugie, nawiązywanie do wydarzeń z oryginalnego dzieła. Czasami na podstawie jednej jedynej wypowiedzi rzuconej mimochodem przez bohatera na sto drugiej stronie czwartego tomu dopowiada się brakującą historię. Tu czerpanie z oryginału jest znacznie bardziej oczywiste, niemniej zasada obowiązuje (celowo nie informuję, o jakie wydarzenia chodzi). Po trzecie, do znanej nam historii dopisuje się nowe elementy, ale całość kończy się tak, aby kanon nie został drastycznie naruszony (tak jak poprzednio – pominięcie konkretów celowe ze względu na spoilery).

Nie uważam, żeby fanfikcja była czymś złym, wręcz przeciwnie, ale uważam też, że jeśli już autorka oryginalnej sagi ją akceptuje, zgadza się na publikację i przyjmuje do kanonu, to powinna prezentować wyższy poziom, a nie uwierzę, że pisarka tak świadoma i utalentowana jak Rowling nie zorientowała się, że ten tekst jest tak zły. Bo nawet jeżeli uznamy, że „no przecież to sztuka, rządzi się innymi prawami”, „lubię fanfikcję” i „chcę po prostu przeczytać nową książkę z tego uniwersum”, to Przeklęte dziecko cierpi jeszcze na inne dolegliwości.

Styl wypowiedzi bohaterów – a właściwie jego brak – to pierwszy problem. Rowling potrafiła zindywidualizować ich język, łatwo było każdego odróżnić, tymczasem w Przeklętym dziecku wszyscy brzmią i mówią tak samo. W postępowaniu postaci brak jakiejkolwiek logiki. W dodatku: ja wiem, że Albus to syn Harry’ego Pottera, a on u Rowling też nie błyszczał nigdy intelektem, ale niektóre decyzje Albusa są niewiarygodnie bezsensowne. Bohaterowie zachowują się także niezgodnie ze swoimi charakterami, znanymi nam dobrze z powieści Rowling; jakby tego było mało, Ron został zredukowany do roli wioskowego głupka, choć wielokrotnie udowadniał, że przecież wcale nie jest idiotą. Autor nagiął także część wydarzeń i przedmiotów tak, by ich zachowanie lub przeznaczenie pasowało mu do koncepcji – nie mógł zresztą zrobić inaczej, bo ona przez większość czasu stoi jaskrawo w niezgodzie z zasadami świata czarodziejów ustalonymi przez Rowling w kanonie.

Większość fanów po przeczytaniu Przeklętego dziecka postanowiła zignorować komunikat Rowling, że uznaje scenariusz za kanoniczną, ósmą część sagi – i tym razem rację mieli fani. Być może Rowling po prostu pewnego dnia wypiła za dużo piwa kremowego, ale jak dla mnie nie podlega dyskusji, że Przeklęte dziecko nie sprawdza się ani jako fanfikcja, ani jako kontynuacja sagi, ani jako samodzielny tekst. Jako samodzielny tekst w ogóle nie ma szans istnieć, bo jest elementem istniejącego już od dawna świata, jako kontynuacja jest zbyt absurdalne, a jako fanfikcja jest ponownie zbyt słabe warsztatowo. Być może książka komuś się spodoba, jeśli chce po prostu wrócić do tego uniwersum; ale jeżeli cenił sobie język i humor Rowling, jej drobiazgowość i staranność przy prowadzeniu narracji oraz bohaterów, to w Przeklętym dziecku nie znajdzie nic dla siebie.