Harry Potter – książki a filmy

Gdy w 1995 roku Joanne Kathleen Rowling ukończyła pisanie Harry’ego Pottera i kamienia filozoficznego, nie mogła spodziewać się, że książka odniesie tak olbrzymi sukces. Przez rok była odrzucana przez kolejne wydawnictwa, które nie chciały publikować pierwszego tomu sagi jako „za długiego jak na książkę dla dzieci”. Rękopis odrzuciło dwunastu wydawców; ostatecznie książka ujrzała światło dzienne dopiero w 1997 roku,

a Rowling błyskawicznie odniosła sukces. Była w stanie poświęcić się wyłącznie pisaniu; stopniowo publikowała kolejne tomy, angażowała się w pracę nad filmami, jako Newt Scamander wydała także Fantastyczne zwierzęta i gdzie je znaleźć (podręcznik oraz autor pojawiają się w sadze). Ostatnia powieść z cyklu o Harrym Potterze ukazała się 21 lipca 2007 roku. Studio zdecydowało o podzieleniu adaptacji na pół; Insygnia śmierci. Część I weszły do kin w 2010 roku, Część II w 2011.

Chociaż era Harry’ego Pottera dobiegła końca, uniwersum wciąż żyło – wokół bohatera rozrastał się komercyjny supersystem. Harry Potter stanowi chyba najdoskonalszy przykład tego zjawiska opisanego przez Marshę Kinder: oprócz książek i filmów powstały bowiem jeszcze gry komputerowe, otwarto stronę Pottermore.com, gdzie można przejść test i zostać przydzielonym do jednego z czterech domów Hogwartu, a także dowiedzieć się nowych rzeczy o serii; istnieją setki sklepów, w których można kupić najróżniejsze gadżety typu przypinki, breloczki, podkładki pod myszkę, peleryny, kapelusze, szaliki, różdżki, słodycze… Dodatkowo w tym roku premierę w Londynie miał także Harry Potter i przeklęte dziecko, sztuka na podstawie noweli napisanej przez Rowling; scenariusz spektaklu ostatecznie wydano jako ósmą książkę serii (akcja dzieje się dziewiętnaście lat przed wydarzeniami z Insygniów śmierci).

Na sukces Rowling złożyło się wiele elementów. Autorka stworzyła świat wręcz kipiący magią – od ruszających się portretów i zdjęć przez samozmywające się naczynia aż do latających samochodów. Jej postacie są wiarygodne, zróżnicowane charakterologicznie i czytelnicy mogą się łatwo z nimi identyfikować. Do tego świat Harry’ego Pottera jest pełny najróżniejszych aluzji, nawiązań, odniesień, motywów i wierzeń. Rowling, która studiowała filologię klasyczną, uczyła się francuskiego oraz niemieckiego i liznęła nieco portugalskiego przez trzy lata mieszkania w Porto, wykorzystała nabytą wiedzę także przy wymyślaniu imion, nazwisk i zaklęć pojawiających się w książce. Swoim fanom, nauczycielom, wykładowcom uniwersyteckim i fachowcom z dziedzin chociażby kulturoznawstwa czy religioznawstwa dostarczyła tym samym materiału do badań na następne kilkanaście lat.

Mija pięć lat, odkąd fani Harry’ego Pottera ostatni raz mieli możliwość oglądać przygody czarodzieja, z którym przez tyle lat dorastali. W tym roku na ekrany kin wchodzą Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć – pomysł dosyć karkołomny, wydana bowiem przez Rowling książka to po prostu bestiariusz, siłą rzeczy pozbawiony fabuły. Jako Newta Scamandera, autora Fantastycznych zwierząt…, obsadzono Eddie’ego Redmayne’a; pojawi się także Johnny Depp, którego wcześniej – przy wybieraniu najbardziej ekscentrycznych aktorów w Hollywood do ról dorosłych czarodziejów – pominięto. Ujawniono niedawno, że zagra dorosłego Gellerta Grindelwalda. Pomysł spotkał się raczej z oburzeniem fanów, ale nie można odmówić podobieństwa między nim a Jamie’em Campbell Bowerem, który w pierwszej części Insygniów śmierci zagrał młodego Grindelwalda. Oprócz tej dwójki w filmie wystąpią także Ron Perlman, Jon Voight, Ezra Miller oraz Katherine Waterston.

Przez najbliższe kilka, jeśli nie kilkanaście lat, nie doczekamy się na pewno nowych prób zekranizowania Harry’ego Pottera na nowo (nad czym zresztą ubolewam, chętnie obejrzałabym siedem sezonów porządnego serialu). Warto z okazji premiery Fantastycznych zwierząt… przypomnieć sobie „stare” filmy i spojrzeć na nie po przerwie, zwłaszcza że reżyserów ośmiu adaptacji było łącznie czterech, a każdy miał inną koncepcję świata przedstawionego.

Studio Warner Bros. wykupiło prawa do ekranizacji dwóch pierwszych powieści Rowling w 1998 roku. W pierwszej kolejności zwrócono się do Stevena Spielberga, ale w trakcie negocjacji wyszło na jaw, że reżyser chciałby zrealizować animację. Poszukiwania rozpoczęły się na nowo, spośród wytypowanych reżyserów ostali się Chris Columbus, Terry Gilliam, Alan Parker oraz Brad Silberling. Rowling opowiadała się za Terrym Gilliamem, ale obawiano się, raczej słusznie, że jego wizja mogłaby nie być odpowiednia dla dzieci. Wybór ostatecznie padł na Chrisa Columbusa, odpowiedzialnego między innymi za Kevina samego w domu (1990) oraz Panią Doubtfire (1993).

Skompletowanie obsady nie było łatwe. Na casting do roli Harry’ego, Hermiony i Ruperta mógł zgłosić się każdy, nawet jeśli nie miał żadnego doświadczenia w filmie. Ostatecznie wybrano Daniela Radcliffe’a, Ruperta Grinta i Emmę Watson; z tej trójki jedynie Radcliffe już występował (w Davidzie Copperfieldzie z 1999 roku). Paradoksalnie z perspektywy czasu widać, że to właśnie on jest tutaj najsłabszym ogniwem i niestety aktorsko nie błyszczy. Warto zresztą zauważyć, że większość dzieci, które obsadzono w ważniejszych rolach uczniów Hogwartu, sprawdziła się co najmniej dobrze i do dzisiaj grają w różnych produkcjach.

Z aktorami dorosłymi było łatwiej. Maggie Smith jako profesor McGonagall zrobiła furorę. Richard Harris grający dyrektora Hogwartu, Albusa Dumbledore’a, początkowo w ogóle nie chciał mieć z serią nic wspólnego, ponieważ spodziewał się niebezpodstawnie – zaszufladkowania, ale jego wnuczka zagroziła, że nigdy więcej się do niego nie odezwie. Rowling przyznała, że w roli Snape’a najchętniej widziałaby Alana Rickmana i ucieszyła się na wieść, że to właśnie jego obsadzono. Jemu, a także Robbie’emu Coltrane’owi grającemu Hagrida wyjawiła dotyczące ich postaci szczegóły, które miały być ujawnione dopiero w kolejnych tomach. Oprócz tego na ekranie można zobaczyć także Johna Cleese’a jako Prawie Bezgłowego Nicka. Z duchów Hogwartu zabrakło za to Irytka, poltergeista. Zagrał go zmarły dwa lata temu Rik Mayall, ale jego rolę wycięto z filmu, ponieważ Columbusowi nie podobał się wygląd ducha. Szkoda, że zabrakło tej postaci, ponieważ dodałaby światu przedstawionemu sporo klimatu i humoru obecnego w książkach Rowling.

W pierwszej części sagi dopiero poznajemy świat magiczny – razem z Harrym, którego najpierw wtajemnicza gajowy Hogwartu, Hagrid, a później jego przyjaciele, Ron i Hermiona. Na ulicy Pokątnej, gdzie zabiera go Hagrid, znajdują się tysiące magicznych przedmiotów i sklepów, ale przede wszystkim – Bank Gringotta strzeżony przez gobliny. Swoją drogą trudno się dzisiaj nie uśmiechnąć, gdy Hagrid opisuje go jako „najbezpieczniejsze miejsce na świecie, no może poza Hogwartem” – ten sam Hogwart, w którym na przestrzeni lat pod nosem Dumbledore’a mieszkał Voldemort, grasował bazyliszek, fruwali dementorzy, używano Zaklęć Niewybaczalnych i krył się śmierciożerca; a do banku włamano się co najmniej trzykrotnie, przy czym sprawcą raz był sam Harry.

Mamy tutaj też magiczne zwierzęta, na przykład gobliny, smoki, trolle, jednorożce; magiczne przedmioty takie jak ruszające się fotografie, peleryna-niewidka; magiczne jedzenie takie jak Fasolki Wszystkich Smaków Bertiego Botta, czekoladowe żaby, sok dyniowy; magiczne zajęcia obejmujące naukę quidditcha i latania na miotle, transmutację, eliksiry…

Ekranizacja pierwszego tomu Harry’ego Pottera ukazała się w 2001 roku. Jak na produkcję dla dzieci jest dosyć długa – trwa dwie godziny i dwadzieścia minut; jest też dosyć stara, bo liczy sobie w tej chwili piętnaście lat. Mimo to efekty specjalne nadal wyglądają dobrze – a przynajmniej nie na tyle źle, by dekoncentrować widza podczas seansu. Zresztą grupa docelowa tego filmu, czyli wciąż jednak dzieci, mogą odnaleźć w Harrym Potterze inne interesujące motywy – zarówno książka, jak i adaptacja, przypominają raczej bajkę. Główny bohater to porzucone, osierocone dziecko, mieszkające kątem u niesympatycznych krewnych, którzy je źle traktują i wykorzystują do prac domowych (skojarzenia z Kopciuszkiem nasuwają się same); podział postaci na dobre i złe jest wręcz boleśnie widoczny. Gdyby sięgnąć do Morfologii bajki Władimira Proppa – badacz opisał strukturę, bohaterów i ich funkcje w baśni ludowej – podobieństw znalazłoby się jeszcze więcej. Niemniej, niezależnie od wieku, Harry’ego Pottera ogląda się przyjemnością.

Drugą część, również wyreżyserowaną przez Columbusa, utrzymano w podobnym duchu co pierwsza. Postacie Dursleyów, początkowo jaskrawo przerysowanych jako „tych złych”, zostały trochę złagodzone. Harry z komórki pod schodami przenosi się do pokoju na piętrze, gdzie pewnego dnia nieoczekiwanie odwiedza go Zgredek, skrzat domowy – ta komputerowo stworzona postać wywołała zresztą sporą radość na całym świecie, gdy rosyjscy widzowie dopatrzyli się w niej fizycznego podobieństwa do Władimira Putina. W filmie pojawiają się także po raz pierwszy słodki i czarujący Kenneth Branagh w roli nauczyciela Obrony przed czarną magią, Gilderoya Lockharta, oraz Jason Isaacs jako Lucjusz Malfoy, ojciec Dracona Malfoya.

Harry wciąż jeszcze oswaja się ze światem czarodziejów, do którego Rowling dodaje kolejne magiczne zjawiska. Harry i Ron lecą wspomnianym już samochodem do Hogwartu, gdzie opiekują się mandragorami, uczą transmutacji, a Harry jeszcze walczy z zaklętym tłuczkiem, ciągle atakującym go podczas meczu quidditcha. Film w swojej strukturze przypomina poprzednią adaptację: Harry u Dursleyów, Harry z przyjaciółmi, Harry na peronie, Harry na lekcjach w Hogwarcie z zagadką w tle, Harry i rozwiązanie zagadki. Saga będzie zresztą podążać tym schematem niemal do samego końca.

Harry Potter i Komnata tajemnic ukazał się w 2002 roku. Ponownie, jak na adaptację książki dla dzieci, jest dosyć długi, trwa bowiem dwie i pół godziny. Tak jak poprzedni film, wciąż ogląda się go dobrze mimo upływu czasu. Ttak samo solidne kino familijne, nawet jeśli bez artystycznego polotu.

Chris Columbus po Komnacie tajemnic zrezygnował z reżyserii. Zastąpił go Alfonso Cuarón, który na wstępie musiał także zadecydować o wyborze nowego aktora do roli Albusa Dumbledore’a – 25 października 2002 zmarł bowiem Richard Harris. Krążyły plotki o obsadzeniu w roli Iana McKellena, aktor jednak stanowczo im zaprzeczył, twierdząc, że już raz zagrał wszystkowiedzącego czarodzieja [Gandalfa z Władcy Pierścieni – KF] i to mu wystarczy. Cztery miesiące po śmierci Harrisa Alfonso Cuarón postanowił zastąpić go Michaelem Gambonem. Oprócz niego w filmie pojawiają się po raz pierwszy Gary Oldman, tradycyjnie charyzmatyczny, oraz sympatyczny David Thewlis w roli Remusa Lupina.

Więzień Azkabanu stoi na wyraźnie wyższym poziomie niż jakikolwiek inny film z sagi. Wizualnie jest bardzo artystyczny i przemyślany, wiele ujęć zapada w pamięć. Całość zresztą odbiera się tym lepiej, że fabułę inteligentnie skrócono – do tego stopnia, że ten film mógłby znakomicie funkcjonować także jako pojedyncze dzieło, a nie część serii. Jego jedyny boleśnie słaby punkt to chyba tylko aktorstwo Daniela Radcliffe’a, który na przykład położył jedną ze swoich najbardziej dramatycznych scen (gdy Harry w „Trzech miotłach” dowiaduje się prawdy o Syriuszu Blacku i swoich rodzicach). Z zupełnie innych przyczyn Alan Rickman „położył” natomiast w mojej głowie moment, gdy po ataku Syriusza Blacka na Grubą Damę Snape razem z Dumbledore’em przechadzają się po Wielkiej Sali i ustalają, że jutro porozmawiają z Harrym. Rickman włożył do śpiwora Radcliffe’a poduszkę pierdziuszkę, a Michael Gambon uruchomił ją podczas kręcenia sceny. Widok profesora Snape’a pękającego ze śmiechu sprawił, że nie jestem już w stanie traktować tego momentu poważnie.

Wyreżyserowana przez Mike’a Newella czwarta część cyklu – Harry Potter i Czara ognia z 2005 roku – to właściwie popis efektów specjalnych. Zgoda, Rowling napisała taką a nie inną książkę i oprócz zwykłych zaklęć są tam dodatkowe, specjalne zadania dla bohaterów, ale jednak można odczuć przesyt. Z jednej strony trudno narzekać, że w filmie o czarodziejach są efekty specjalne, ale z drugiej strony wykorzystano je wszędzie gdzie się dało, a nawet tam, gdzie się nie dało lub nie trzeba było. Dumbledore nawet nie mógł zwyczajnie odsłonić Czary ognia, tylko musiał różdżką „zdjąć” komputerową wieżyczkę, na domiar złego wyglądającą rozpaczliwie sztucznie.

Historię na szczęście urozmaiciła odrobinę jak zawsze świetna Miranda Richardson w roli Rity Skeeter, natrętnej dziennikarki; Brendan Gleeson jako Szalonooki Moody dostarczył fanom sporej rozrywki, beztrosko zamieniając Dracona Malfoya we fretkę w jednej scenie. Ralph Fiennes jako Lord Voldemort nie miał akurat wielkiego pola do popisu, ale nawet bez nosa udało mu się wypaść nieźle. Niestety Czara ognia to moment, kiedy bohaterowie zaczynają dorastać i powoli interesować się płcią przeciwną, a wątków romantycznych wcale nie zrealizowano tutaj szczególnie subtelnie. To wszystko sprawiło, że Czara ognia rozpoczyna moment, od którego jakość filmów z sagi o Harrym Potterze wyraźnie spada.

Po Mike’u Newellu przyszła kolej na Davida Yatesa. Pozostał reżyserem cyklu już do samego końca, a nawet jeszcze dłużej, jest bowiem także odpowiedzialny za Fantastyczne zwierzęta (i prawdopodobnie kolejne, już zapowiedziane cztery części).Zakonie Feniksa (2007) pierwszy raz pojawiają się Evanna Lynch jako ekscentryczna Luna Lovegood i wyjątkowo źle obsadzona, bezbarwna Natalia Tena jako Nimfadora Tonks. Dla kontrastu do obsady dołączają również Helena Bonham Carter w roli kompletnie walniętej Bellatrix Lestrange oraz Imelda Staunton jako Dolores Umbridge, nowa nauczycielka Obrony przed czarną magią – fanka koloru różowego, porcelany, małych kotków i wszystkiego, co łączy te trzy rzeczy w jedno. Po raz kolejny pojawiają się za to dementorzy, których klimatycznie i naprawdę przerażająco przedstawił Cuarón w Więźniu Azkabanu, a którzy tutaj są po prostu czarnym prześcieradłem ze zgniłym otworem zamiast ust. W ogóle nie działają na wyobraźnię. Zabrakło trochę grozy; prawdę mówiąc, bardziej chyba można się wystraszyć różowych porcelanowych kotków w gabinecie Umbridge.

Staram się unikać zestawiania filmów z książkami, ale nie ukrywam, że jestem tą konkretną adaptacją wyjątkowo rozczarowana. Za najciekawsze fragmenty w całej sadze zawsze uważałam te dziejące się na terenie szkoły. Interesowały mnie interakcje między uczniami i profesorami, przyjęte zwyczaje, nauka zaklęć, roślin, zwierząt. Dodatkowo Rowling ma specyficzne poczucie humoru, które mnie akurat wyjątkowo odpowiada, a które tutaj było obecne chyba bardziej niż w jakiejkolwiek innej adaptacji. Zakon Feniksa to najdłuższa książka w cyklu (nawet Insygnia śmierci są krótsze o kilkanaście stron), akcja niemal wyłącznie osadzona właśnie w Hogwarcie, tymczasem ten film to najkrótszy w całej sadze (trwa dwie godziny i osiem minut), a do tego mało zabawny. Po ponownym seansie okazało się wprawdzie, że humoru można znaleźć tam więcej, niż mi się wydawało, ale po prostu szybko się o nim zapomina (co też nie najlepiej o nim świadczy). Użyję tu znienawidzonego przez fanów filmu argumentu „książka była lepsza” – ale nie mogę się powstrzymać, bo widzę wyjątkowo zmarnowany potencjał. Tak mi żal tych wszystkich scen; na przykład tej, w której Irytek (niepokazany w ogóle w adaptacjach, o czym pisałam wcześniej) złośliwie odkręca śruby w zbrojach stojących na korytarzu w Hogwarcie, żeby dokuczyć profesor Umbridge, a przechodząca obok, zazwyczaj surowa i zasadnicza profesor McGonagall podpowiada mu szeptem: „odkręca się w drugą stronę”.

Harry Potter i Książę Półkrwi, choć ostatecznie prowadzi do przejmującego finału, przez większość czasu nie robi kompletnie żadnego wrażenia. Ujęcia nie zapadają w pamięć. Akcja raczej się wlecze, a film też do krótkich nie należy. Po raz kolejny dawka efektów specjalnych jest zbyt wysoka. Humoru jak na lekarstwo, w przeciwieństwie do nastoletnich romansów. Wątek Lavender i Rona na ekranie irytuje jeszcze bardziej niż na papierze. Tyle z tego pożytku, że Harry i Hermiona mają więcej dobrych scen razem. Profesor Snape również pojawia się częściej, a Rickman za każdym razem charyzmatycznie i tajemniczo powiewa swoimi czarnymi szatami. Nabijam się trochę, ale Alan Rickman potrafił nie zmieniać wyrazu twarzy, a i tak wyglądać groźnie.

Nie popisał się również scenarzysta, Steve Kloves; pracował przy wszystkich częściach Harry’ego Pottera, a tutaj palnął chyba największą głupotę. Już od pierwszego filmu Snape i Harry się nie lubili, wykorzystywali każdą okazję, by sobie dogryźć, dokuczyć, zrobić na złość – tymczasem w Księciu Półkrwi, gdy na Wieży Astronomicznej ewidentnie dzieje się coś złego i Harry już zaraz wyjdzie spod schodów, by interweniować, pojawia się Snape, kładzie palec na ustach, nakazując Potterowi milczenie… a chłopak, który od początku filmu podejrzewał, że Snape ma złe zamiary, grzecznie stoi w miejscu. W książce nie miał wyjścia – był unieruchomiony w miejscu zaklęciem Dumbledore’a i do tego schowany pod peleryną-niewidką – tutaj jednak nic takiego nie miało miejsca, więc jego posłuszeństwo wobec znienawidzonego profesora jest niezrozumiałe i sprzeczne z charakterem postaci.

Insygnia śmierci postanowiono podzielić na dwie części i było to co najmniej nierozsądne, bohaterowie spędzają bowiem sporą część książki na marszu i poszukiwaniach. Kino drogi kinem drogi, ale to trochę tak, jak poświęcić dwa filmy na ekranizację Starego człowieka i morza. Te fragmenty spokojnie można było raczej skrócić zamiast dodatkowo wydłużać, żeby starczyło na dwa filmy. Wyjątkowo absurdalna jest będąca efektem takich właśnie zabiegów scena, w której Harry i Hermiona tańczą do melodii O Children Nicka Cave’a. Co innego można zrobić w sytuacji, gdy twój przyjaciel i zarazem chłopak twojej przyjaciółki daje nogę, bo od horkruksa miesza mu się w głowie? Wiadomo, nastawia się radio i idzie w tan. Jedną z niewielu dobrych rzeczy w pierwszej części Insygniów śmierci to natomiast animacja towarzysząca Opowieści o trzech braciach. Operująca rozmytymi cieniami bajka rzeczywiście robi wrażenie – ale to jedyne, co zostaje w głowie po seansie.

Ostatnia część prezentuje się trochę lepiej, ale nadal nijak. Jedna dobra scena – Helena Bonham Carter grająca jak Emma Watson, by zagrać Hermionę Granger udającą Bellatrix Lestrange w Banku Gringotta – nie rekompensuje dwóch fatalnych. Jedna z nich to teoretycznie dramatyczna retrospekcja, gdy Snape obejmuje martwe ciało Lily Potter i spazmatycznie buja się do tyłu i do przodu. Nie wiem, co poszło nie tak, ale nie widziałam, żeby Rickman coś zagrał aż tak źle. Druga fatalna scena to ostatnie minuty kończące Insygnia śmierci – Harry, Ginny, Ron i Hermiona odsyłający swoje dzieci do Hogwartu wyglądają po prostu komicznie. Nikt specjalnie się nie przyłożył do postarzenia bohaterów, więc sprawiają wrażenie, jakby po nieprzespanej nocy dorwali się do szaf swoich rodziców i po prostu tak wyszli z domu. Mocno psuje nastrój…

Właściwie każdy film po Więźniu Azkabanu był nijaki. Brakowało im stylu, charakteru, tego nieuchwytnego „czegoś”. W dodatku prawie wszystkie momenty, które powinny być emocjonujące, wypadały blado. Późniejsze adaptacje niewątpliwie również sporo straciły na zmianie kompozytora – towarzyszące trzem pierwszym filmom melodie Johna Williamsa do dzisiaj są rozpoznawalne, w przeciwieństwie do muzyki z kolejnych części. Produkcje wyreżyserowane przez Yatesa są do siebie bardzo podobne i przez to także zlewają się w jedno. Z tego powodu właśnie obawiam się, co może spotkać mnie na seansie Fantastycznych zwierząt.

Zebrałam tutaj swoje – bardzo subiektywne zresztą – wrażenia ze wszystkich części sagi. Nie jest to w najmniejszym nawet stopniu fachowy, specjalistyczny artykuł – to raczej próba spojrzenia na serię, sprawdzenia, czy filmy wciąż się bronią, przypomnienia paru ciekawostek i złych lub dobrych momentów. Tych złych niestety można znaleźć moim zdaniem więcej; mimo rozsądnego sentymentu do książkowych pierwowzorów nie potrafię wykrzesać w sobie ani jednej iskry życzliwości wobec adaptacji numer cztery lub wyżej. Zabrakło w nich – tak najzwyczajniej w świecie – odrobiny magii.

Tekst pierwotnie ukazał się na filmorgu.