Kallokaina, powieść dystopijna szwedzkiej autorki Karin Boye, została wydana w 1940 roku. To znaczy w Szwecji, bo Polska jak zwykle obudziła się po czasie – Kallokaina ukazała się u nas w 2018 roku. Obiło mi się o uszy, że to klasyk literatury dystopijnej, więc nie mogłam odpuścić, bo uwielbiam ten gatunek.

Głównym bohaterem jest naukowiec Leo Kall – naiwny idealista, który stworzył serum prawdy. Podaj je człowiekowi, a przez kilkanaście minut będzie mówił tylko prawdę, tylko to, co naprawdę myśli. Świetny plan, nie?

Kall jest tak oddany swojej pracy i państwu, że nie dostrzega jego totalitaryzmu, ograniczeń. Wydaje mu się, że to normalne, że w sypialni małżeńskiej zamontowano aparat pozwalający na podglądanie i podsłuchiwanie („Byłem zmuszony powiązać policyjne oko i ucho z niezadowalającym wskaźnikiem przyrostu naturalnego w Państwie Świata” – no shit, Sherlock!), że w windzie nie można rozmawiać (na pewno spiskujesz!) albo że gdy dziecko skończy siedem lat, rodzice muszą je oddać do obozu szkoleniowego. Nie dostrzega też niebezpieczeństw kryjących się za serum, które stworzył.

Na książce niestety się zawiodłam. Jest bardzo nieprzyjazna w odbiorze – to ściany tekstu. W dodatku tekstu trudnego: zdania złożone, zawikłane, najeżone informacjami, zwrotami, które trzeba rozwikłać, żeby zrozumieć, o czym jest mowa. Pomysł na powieść ciekawy, realizacja słaba.

Kallokaina powstała osiem lat po publikacji Nowego wspaniałego świata, ale dziewięć lat przed Rokiem 1984, z którym ma najwięcej wspólnego, jeśli chodzi o światotwórstwo.

Kallokaina była główną inspiracją dla filmu Equilibrium. Moim zdaniem niezbyt dobrego, ale to rozmowa na inną okazję…