Książka a film – „Hrabia Monte Christo”

Hrabia Monte Christo Aleksandra Dumasa to jedna z tych historii, które żywo przemawiają do wyobraźni człowieka. Młody marynarz, lada moment kapitan statku, zostaje niesłusznie oskarżony o spiskowanie przeciwko swojemu krajowi, osadzony na piętnaście lat w zamku d’If, skąd ucieka, by się pomścić. Przez ludzką zawiść i zazdrość traci narzeczoną, ojca, posadę oraz najlepsze lata swojej młodości.

Romans, zdrada, sprawiedliwość, śmierć, zemsta, pojedynki i dylematy moralne – nic, tylko ekranizować. Szkoda jedynie, że scenarzyści nie biorą w ogóle pod uwagę wydźwięku powieści Dumasa.

Hrabiego Monte Christo pierwszy raz zaadaptowano już w 1908 roku. Od tamtej pory wszelkiego rodzaju produkcji, mniej lub bardziej inspirowanych historią Dantesa, przybywa coraz więcej. Najlepiej znanymi dziełami są chyba ekranizacja z 2002 roku z Jimem Caviezelem i film telewizyjny z 1975 roku z Richardem Chamberlaine’em, obaj w tytułowych rolach. I niestety ani jedno, ani drugie nie zadowoli fanów prozy Aleksandra Dumasa.

Dlaczego warto przeczytać Hrabiego Monte Christo?

Powieści spod znaku płaszcza i szpady często kojarzą się z mnóstwem akcji, pojedynków i romansami. Hrabia… spośród książek tego rodzaju wyróżnia się czterema rzeczami: po pierwsze głównym bohaterem, po drugie pobocznymi postaciami, po trzecie swoją wielowątkowością, po czwarte… morałem płynącym z finału książki.

To, że Edmund Dantès jest interesującą postacią, nie ulega chyba wątpliwości. Z prostego, biednego marynarza zmienia się w wykształconego, bogatego szlachcica, który mówi kilkoma językami, doskonale strzela, włada szpadą, zna się na wszystkim od opery i teatru począwszy, a na chemii i polityce skończywszy. Jego gniew i chęć zemsty są uzasadnione i trudno mu nie kibicować, nawet gdy posuwa się do ekstremum. Monte Christo swoim stoickim spokojem i małomównością przypomina chwilami Atosa z Trzech muszkieterów, równie intrygującego i ciekawego bohatera, co Dantès.

Ale nie nie samym hrabią książka stoi. Dumas przedstawił w niej mnóstwo interesujących drugo- i trzecioplanowych postaci, a wszystkie wyraziste i dobrze zarysowane. Weźmy na przykład ojca prokuratora de Villeforta. Gdy poznajemy go w drugiej części powieści, Noirtier jest stary i sparaliżowany. Nie wychodzi ze swojego pokoju, opiekuje się nim służący i wnuczka Walentyna. Z otoczeniem porozumiewa się spojrzeniami i mruganiem, a jednak potrafi w krytycznym momencie postawić na swoim i pokrzyżować wszystkie plany de Villeforta. Żadna z ekranizacji, które widziałam, nie poświęciła mu więcej niż jakieś pięć minut czasu ekranowego. A to raptem jedna z ponad dwudziestu ważnych postaci pojawiających się w Hrabim i kto wie, czy nie druga najciekawsza po samym Monte Christo.

Każdy, kto miał styczność z Hobbitem, czy to z książką, czy z filmami, wie, że nie jest łatwo nadać indywidualne, wyraziste cechy charakteru wielu postaciom – czytelnikowi (lub widzowi) szybko mogą zlać się w jedno. Jak Dumasowi udało się tego uniknąć? Po prostu… poświęcił im sporo czasu. Pisarz w pierwszej części przedstawił Dantèsa, jego charakter i losy, by w drugiej przybliżyć raczej przeciwników, opowiedzieć historię bardziej z ich punktu widzenia. Hrabia pojawia się wtedy raczej jako obiekt plotek, opisywany z dystansu jako tajemniczy, fascynujący człowiek. Narrator kilkakrotnie mówi nam, co się dzieje z Dantèsem i w jaki sposób zdobył te czy tamte informacje, lecz częściej razem z Villefortem, Danglarsem i Mondegami poznajemy nowe oblicze Edmunda Dantèsa.

I sposób, w jaki splatają się losy tych bohaterów, stanowi – przynajmniej dla mnie – o jakości tej książki. Warto pamiętać, że Dumas wydawał Hrabiego stopniowo, w osiemnastu częściach, na łamach „Journal des Débats”. Powieści w odcinkach często powstawały na bieżąco i były przegadane, zwłaszcza że wówczas gazety płaciły za wiersz tekstu. Jednak nigdy byście się tego nie domyślili, czytając Hrabiego Monte Christo. Fabuła jest rozplanowana i przemyślana – jeśli Dumas pisał to z tygodnia na tydzień, musiał być geniuszem. Czyta się naprawdę z zapartym tchem.

Równie mocno uderza czytelnika także morał płynący z historii Dantèsa. O tym, że dokonuje swojej zemsty, wiedzą raczej wszyscy, bo to żadna tajemnica, mówi o tym każdy opis fabuły. Zakończenia filmów różnią się między sobą szczegółami, ale książka ma coś, czego brakuje w adaptacjach – zwątpienie Dantèsa w swoje racje, przekonanie o słuszności tego, co robi.

Monte Christo zbladł. Pojął, że przekroczył prawa zemsty. Pojął, że powiedzieć już nie może: „Bóg jest za mną i ze mną”. […] Dokonał dzieła zemsty, dążąc ku niemu – niby na szczyt góry – drogą uciążliwą i krętą; po drugiej stronie otwarła się przepaść. Była to przepaść zwątpienia.

W tym przypadku nie tylko zakończenie książki – którego oczywiście nie zdradzę, powyższe fragmenty to urywki z drugiej połowy powieści, lecz nie finał jako taki – świadczy o jej jakości, lecz także właśnie wątpliwości Dantèsa. Szczególnie że jego zemsta jest o wiele okrutniejsza, bardziej wyrafinowana niż to, co pokazują filmy – a w nich refleksji, zastanawiania się, czy nie posunął się za daleko, właściwie nie ma. I dlatego uważam, że do pięt nie sięgają książce Dumasa.

Hrabia Monte Christo (1975)

Nie wiem, na której postaci z powieści Dumasa wzorowano hrabiego Monte Christo z tej adaptacji, ale nie na hrabim Monte Christo. Dopóki był Edmundem Dantèsem, nie budził moich większych zastrzeżeń. Ale jako hrabia był koszmarny. Powinien być miły, dobrze ułożony, nawet jeśli czasami złośliwy, tymczasem tutaj traktuje wszystkich z góry, lekceważąco. Rzuca także płaszczem w służącego – Dumas spadłby z krzesła, gdyby to zobaczył. Nikt nie zadbał również o to, by pokazać, jak Monte Christo odnajduje się w tym środowisku; bohaterowie często wspominają, że jest dziwny i ekscentryczny, ale nikt nie pokazuje, na czym polega ta dziwność i ekscentryczność. Widz musi uwierzyć na słowo, że hrabia jest taki a taki.

Jego zemsta wygląda z kolei tak, jakby scenarzysta Sidney Carroll wypisał sobie wydarzenia z książki, napisał wyrwane z kontekstu scenki, a potem losowo poukładał je w scenariuszu. Innymi słowy, wziął to, co w powieści było najciekawsze, uprościł to i maksymalnie spłycił. Monte Christo na przykład wyciąga tajemnicze stare papiery na zawołanie niczym magik króliki z kapelusza, po czym podaje je losowemu mężczyźnie, o którym w zasadzie niczego nie wiemy, bo wystąpił wcześniej w jednej scenie, i to pod innym, fałszywym nazwiskiem. W takiej sytuacji trudno się przejąć i emocjonować zemstą hrabiego.

Gwoli ścisłości scenarzysta próbował przemycić odrobinę przesłania Dumasa do filmu, ale wyszło mu to fatalnie, ponieważ poprzesuwał wydarzenia czasowo i porozkładał akcenty inaczej niż pisarz. Dlatego w chwili, gdy Dantès mówi Mercedes: „Wypełniłem zemstę, ale jestem zagubiony”, wygląda nie jak dręczony wątpliwościami anioł zemsty, tylko jak szesnastoletni chłopiec, który przyszedł do ukochanej wyżebrać przebaczenie, bo zorientował się, że może pociągnął ją za warkocz o jeden raz za dużo.

Jest w tej adaptacji bardzo dużo frustrujących szczegółów; na niektóre mogę przymknąć oko, bo to jednak film telewizyjny. Wybaczam uproszczenia i ograniczenia budżetowe (ostatecznie mogę nawet wybaczyć tę okropnie sztuczną białą perukę Chamberlaina i rudą Katalonkę), nie wybaczam natomiast braku płynności między wydarzeniami i deus ex machina.

Hrabia Monte Christo (2002)

W tej ekranizacji hrabia bardziej przypomina siebie. Jim Caviezel, choć nie jest najlepszym aktorem na świecie (nie każdy może być Garym Oldmanem), ma wystarczająco dużo talentu i charyzmy, by doskonale sobie poradzić. Caviezelowi pasuje mroczna przeszłość, tajemnicza teraźniejszość i lekko posępny wyraz twarzy. Wygłasza dwuznaczne kwestie – jak na przykład „Jestem przekonany, księżno Mondego, że za tydzień nie będziesz pamiętać mojego imienia” – a jego nienaturalne chwilami zachowanie wykorzystano do tego, by równocześnie zasygnalizować widzom, że hrabia właśnie odgrywa jakąś rolę, i pokazać, że bohaterowie wokół niego odbierają go jako ekscentryka.

Jeszcze kilka rzeczy można uznać za plus. Pokazano, jak Monte Christo zarzuca sieci na swoich przeciwników. Stoi cichaczem w drzwiach, wydaje rozkazy, wymienia nazwiska, omawia plany. Postacie są lepiej rozpisane, wrogów hrabiego można rzeczywiście znienawidzić, szczególnie Fernanda Mondego (Guy Pearce), który fatalnie traktuje żonę Mercedes (Dagmara Dominczyk) i syna Alberta (młodziutki Henry Cavill). I widać także przepych – bohaterowie mieszkają w dużych zamkach, spotykają się w przestronnych pomieszczeniach, siedzą przy obficie zastawionych stołach, a hrabia spektakularnie przylatuje na swój taras balonem.

Wycięto niestety sporo interesujących wątków, historii i postaci, które kilkakrotnie krzyżowały hrabiemu plany, ciekawsze zresztą chwilami niż te pojawiające się w filmie; ale co najgorsze, Hollywood nie mogło się obejść bez typowego dla siebie zakończenia. Rozmija się tak bardzo z przesłaniem Dumasa, jak to tylko możliwe. Film Kevina Reynoldsa zaczynał wyglądać jak względnie dobra adaptacja… ale tylko do tego momentu.

Istnieją też oczywiście inne ekranizacje; kiedyś udało mi się na przykład dotrzeć do serialu z 1998 roku. Tyle że tam hrabiego, posępnego, ale dystyngowanego i przystojnego mężczyznę, grał Gérard Depardieu… W każdym razie – scenarzyści uporczywie zmieniają wydźwięk historii Dumasa, ignorując to, co w niej najlepsze i najciekawsze. Uwielbiam książki, lubię filmy i zawsze chętnie oglądam adaptacje, potrafię im dużo wybaczyć, ale właśnie pod warunkiem, że przesłanie pozostaje takie samo. Póki co nikt jeszcze temu nie podołał. Niestety Aleksander Dumas ma strasznego pecha do ekranizacji – podejrzewam, że gdyby zobaczył którąkolwiek adaptację Trzech muszkieterów, prawdopodobnie sam wyruszyłby pomścić swoich bohaterów.

Przy ekranizacjach Hrabiego… biorę zawsze poprawkę na to, że powieść liczy sobie tysiąc stron – a przynajmniej to trzytomowe wydanie, które stoi u mnie na półce i próbuje się nie rozpaść od zaczytania. Niestety nawet z taryfą ulgową większość filmów nie potrafi wykorzystać potencjału tej powieści. Marzy mi się dobry, solidny serial, który oddałby sprawiedliwość bohaterom Dumasa. Przecież to romans, zdrada, sprawiedliwość, śmierć, zemsta, pojedynki i dylematy moralne – nic, tylko ekranizować…

Tekst pierwotnie ukazał się na filmorgu.