książki

Osiem książek, do których mam irracjonalny sentyment

Wydawało mi się, że takie zestawienie nie sprawi mi większego kłopotu. Przeczytałam sporo książek, co za sztuka wybrać te, które lubię, mimo że nie były może najlepszą literaturą? Okazuje się, że całkiem spora, bo ostatnio wciąż czytam mniej niż kiedyś, a w dodatku teraz raczej wracam do już znanych tytułów, bo zdążyłam sporo zapomnieć. A z tego, co ostatnio czytałam, większość mi się albo kategorycznie nie podobała, albo była taka sobie. I bądź tu człowieku mądry.

Niemniej udało mi się wybrać osiem tytułów – trochę oszukuję, bo trzy to cykle, ale sentyment wciąż ten sam.

Olga Gromyko – Zawód: Wiedźma i inne książki z cyklu o Wolsze Rednej

U mnie w domu fantastyki się nie czytało. Na któreś urodziny, chyba czternaste, dostałam od babci Hobbita oraz Władcę Pierścieni Tolkiena i te książki dość solidnie zniechęciły mnie do tego typu literatury. Chętnie sięgałam tylko po Harry’ego Pottera. Cykl o Wolsze to seria, którą w pierwszej klasie liceum polecił mi mój znajomy, kiedy powiedziałam mu, że nie przepadam za fantastyką. Wiedział, co robi – bawiłam się znakomicie przy czytaniu i dwa dni później już domagałam się od niego kolejnych rekomendacji. W ten sposób okazało się, że literatura fantasy nie taka straszna, jak ją pamiętam, i stopniowo od książek lekkich przeszłam do trudniejszych i bardziej wymagających. Zawód: Wiedźma to dzieło niezbyt skomplikowane, ale przyjemne w lekturze – główna bohaterka, nazwana znacząco W. Redna, jest złośliwa i sympatyczna, przytrafiają się jej dziwne rzeczy, a autorka ma dużo poczucia humoru, które przebija z kartek powieści.

Joanna Chmielewska – Całe zdanie nieboszczyka

Zacznijmy od tego, że sentyment mam do całej twórczości Joanny Chmielewskiej. Uwielbiam jej poczucie humoru; w dzieciństwie zaczytywałam się jej powieściami, zwłaszcza tymi o Janeczce i Pawełku. Wszystkie historie opisywane w twórczości Chmielewskiej są mocno naciągane, ale Całe zdanie nieboszczyka jest całkowicie odleciane. I właśnie dlatego lubię tę książkę – luksusowe samochody, hazard, pościgi, lochy, ucieczki, jachty, szydełka, kanistry benzyny, Diabeł, dwadzieścia cztery osiemnaście – taki żeński James Bond połączony z McGuvyerem. Idealna lekka lektura na lato – nie wzbogaci nikogo emocjonalnie ani intelektualnie, ale doskonale poprawi humor.

Małgorzata Musierowicz – Tygrys i Róża

Prawdę mówiąc, minęły wieki, odkąd ostatni raz chociażby miałam w ręce jakąś książkę Musierowicz, ale oczywiście jako nastolatka przeczytałam całą Jeżycjadę. Pamiętam, że Tygrysa i Różę polubiłam od chwili, gdy zobaczyłam okładkę. To strasznie głupi powód, ale podobają mi się ciemnowłose dziewczyny, a ta postać mnie zaintrygowała. Miała zaczepny wyraz twarzy. Po lekturze bohaterka też mi przypadła do gustu – wredna, chytra, trochę pyskata. Na żywo pewnie bym jej nie polubiła, ale jak to często bywa z literaturą (nie tylko), fikcyjne postacie bywają ciekawsze i więcej im się wybacza niż prawdziwym ludziom.

Roald Dahl – Matylda

Nie pamiętam nawet, skąd mam tę książkę. Pamiętam natomiast doskonale, że moja koleżanka, której pożyczyłam Matyldę, gdzieś ją zgubiła. Wyjątkowo zawzięcie dopominałam się odkupienia powieści i dlatego zamiast starego, zniszczonego, rozpadającego się, lekko zalanego wodą i pobrudzonego jedzeniem egzemplarza mam nowiutki, z trudem otwierający się na niektórych stronach. Ubolewam, bo wolę książki wyraźnie używane. W każdym razie – Matyldę czytałam z zapartym tchem, razem z nią rysując kredą po tablicy. To jedna z tych powieści, które czyta się jako małe dziecko i nie zauważa straszliwego dydaktyzmu historii. To samo zresztą dotyczy Charliego i fabryki czekolady – ale historia małej dziewczynki, która bardzo lubiła czytać, jakoś bardziej przypadła mi do gustu.

John Green – Gwiazd naszych wina

Umówmy się – to książka dla emocjonalnych piętnastolatek. O twórczości Johna Greena mówiło się całkiem sporo, zwłaszcza gdy parę lat temu w krótkich odstępach czasu kręcono dwa filmy na podstawie jego powieści (tej wymienionej i Papierowych miast). Mój sentyment do Gwiazd naszych winy bierze się zupełnie z czegoś innego – to pierwsza książka, którą przeczytałam w całości po angielsku. Zgoda, jest napisana prostym językiem, ale byłam z siebie bardzo dumna. Nie dość, że przebrnęłam przez całość, to jeszcze parę razy wciągnęłam się na tyle, że zapomniałam, że czytam w innym języku. A kiedy zorientowałam się, że lektura idzie mi tak łatwo, zabrałam się za książki trudniejsze. Ta po prostu dodała mi wiary w siebie.

Tess Gerritsen – seria o Jane Rizzoli i Maurze Isles

Gdy przeglądałam spis książek, które czytałam, od razu wiedziałam, że do tego cyklu mam sentyment. Problem w tym, że właściwie nie do końca wiem dlaczego. Lubię kryminały i jestem w stanie stwierdzić, że ta seria do wybitnych nie należy – ale po prostu dobrze mi się ją czytało. Do tej pory zresztą często do niej wracam. Autorka wykorzystuje znane schematy – mumia, która nie jest starożytna, porwania, okultyzm… Dokłada się do tego też pewnie fakt, że opowieści przeniesiono na mały ekran. To również nie jest dzieło najwyższych lotów, ale serial Rizzoli & Isles to po prostu sympatyczny sposób na zabicie czasu w lecie. Podobnie jak książki – stąd zresztą moim zdaniem ich siła.

Alfred Szklarski – Tomek w krainie kangurów i inne książki z serii o Tomku Wilmowskim

To kolejna książka z gatunku „nie wracaj do tego, jeśli jesteś dorosły”. Gdy czytałam Tomka… jako nastolatka, miałam wypieki na twarzy i uważnie czytałam nawet obszerne fragmenty dotyczące fauny i flory danego regionu. Gdy sięgnęłam po niego jako osoba dorosła, zorientowałam się, że powieści Szklarskiego składają się głównie z obszernych fragmentów dotyczących fauny i flory danego regionu. Nie było to miłe odkrycie, bo nagle nawet dramatyczny opis Tomka strzelającego tygrysowi bengalskiemu między oczy nie był już tak przejmujący. Do tych książek rzadko wracam, ale wciąż miło wspominam, zwłaszcza chwile spędzone z Janem Smugą, jedną z moich pierwszych sympatii literackich.

Johanna Spyri – Kornelia

Tego chyba nie muszę tłumaczyć?