Pielgrzym przeleżał u mnie wiele miesięcy na czytniku, zanim się za niego zabrałam. W pierwszej chwili, widząc, że liczy 890 stron, o mało nie zrezygnowałam – nie boję się obszernych książek, ale ponieważ rzadko jestem odpowiednio wypoczęta, by czytać ze zrozumieniem, sięgam raczej po tytuły średniej długości. W drugiej chwili uznałam, że zawsze mogę przestać czytać, więc zobaczmy, co się stanie… i skończyłam w zasadzie trzy dni później.

Pierwsza połowa książki to skrzyżowanie powieści dygresyjnej z powieścią szkatułkową. Narrator z jednej historii przechodzi w drugą, cofa się, by dodać jeszcze jedną, działa chwilami wręcz na zasadzie skojarzeń. Na początku może trudno zrozumieć, po co opowiada o życiu jakiegoś chłopaka wychowywanego w Dżuddzie – ale im dalej, tym bardziej intrygująca staje się historia nastolatka. Narrator przeplata to swoimi wspomnieniami i powoli okazuje się, że wątki się łączą ze sobą.

W każdym razie – narrator to amerykański agent nieistniejącej agencji rządowej o potężnych możliwościach i zasobach. Oficjalnie oczywiście nie istnieje, posługuje się wyłącznie pseudonimami, potrafi zrobić dużo najróżniejszych, nietypowych rzeczy i nie jest zwykłym mięśniakiem; ma też kilka szarych komórek, które umie wykorzystać. I ściga tego właśnie nastolatka z Dżuddy – Saracena, który sam, na własną rękę, bez niczyjej pomocy, zmodyfikował genetycznie wirusa czarnej ospy. Wirusa odpornego na szczepionkę, zabijającego szybko, skutecznie i bynajmniej nie bezboleśnie. Wirusa, którym planuje zakazić Amerykanów. Chcąc oderwać się od rzeczywistości, trafiłam na powieść całkiem nieźle wpisującą się w obecną sytuację na świecie.

To, co napisałam powyżej, to wprawdzie sama prawda, ale też duże uproszczenie. Książka ma wiele wątków, pobocznych historii – jeśli ktoś rzadko czytuje skomplikowane powieści, może się chwilami pogubić. Ale nie znaczy to, że nie warto próbować – to thriller o rzeczach, o których na co dzień nie myślimy, które pewnie się gdzieś wydarzają, tylko nawet o nich nie wiemy – i dzięki Bogu. Lepiej nie wiedzieć.

Terry Hayes współtworzył scenariusz do kilku seriali z lat osiemdziesiątych oraz (częściej) do filmów. Jego nazwisko można znaleźć na przykład przy Mad Maxie 2, Z piekła rodem z Johnnym Deppem czy Martwej ciszy z Nicole Kidman i Samem Neillem w rolach głównych. Pielgrzym to debiut literacki Hayesa – ale wcześniejszy kontakt ze scenariuszami z pewnością przyczynił się do tego, że Pielgrzym jest napisany dorosłym, poważnym językiem, dialogi poprowadzone dobrze, a historie tak ładnie się spinają. Szczególnie przy tej objętości łatwo było się tu potknąć o coś – Hayes stworzył wprawdzie solidne tomiszcze, ale każde słowo jest tu potrzebne. Nie pamiętam, czy czytałam kiedyś dłuższą książkę – z biegu sobie nie przypominam, ale pewnie tak, dużo stron mam na liczniku. Rzadko natomiast czytam powieści, które są obszerne i nie są przy tym przegadane. To naprawdę duże osiągnięcie.

Kiedy skończyłam czytać, wyszukałam sobie recenzje i opinie w sieci. Były w większości pozytywne, ale znalazłam kilka, których treść wyraźnie sygnalizowała, że autor recenzji nie zrozumiał przekazu autora książki. Tak, przeciwnik Pielgrzyma jest terrorystą, tak, jest wyznawcą islamu. Nie, to nie jest historia o tym, że wiara i religia wyzwalają w ludziach najgorsze instynkty. To opowieść o tym, jak otoczenie ukształtowało nastolatka tak, że uchwycił się jedynego, co mu zostało – wspomnienie ojca, religia, którą z dobrymi intencjami mu wpoił. Chłopak nie chciał z nikim rozmawiać, nie rozumiał niektórych spraw, spotkał niewłaściwych ludzi, którzy podsycili jego żądzę zemsty – i właśnie z tego wziął się jego radykalizm. Ze źle pojmowanej religii, nie religii jako takiej.

Nie jest to lekka, przyjemna, krótka lektura. To książka, która wymaga uwagi, ale odwdzięcza się kunsztem, iście Bondowską pomysłowością i zwrotami akcji. Jeśli macie akurat nockę do zarwania, zacznijcie czytać Pielgrzyma. Może się okazać, że tak samo jak ja przeczytacie sobie od niechcenia blisko dziewięćset stron.

„Symulacja »Mroczna zima« zakładała atak wirusem osy prawdziwej na Stany Zjednoczone, w ramach którego jedna zarażona osoba wchodzi do galerii handlowej w Oklahoma City. Obliczono tempo rozprzestrzeniania się choroby i oszacowano liczbę ofiar. Po trzynastu dniach od pierwszego kontaktu z wirusem w galerii epidemia miała szaleć w dwudziestu pięciu stanach; mówiono o setkach tysięcy zakażeń i śmierci co trzeciego chorego, o przeciążeniu systemu opieki zdrowotnej, o swobodnym spadku wszelkich parametrów gospodarki, a w rezultacie – o totalnej ruinie porządku społecznego. Wirus rzecz jasna działałby bardzo demokratycznie, atakując i policjantów, i strażaków, i pracowników szpitali – a ci ostatni zapewne umieraliby nieco częściej niż inni obywatele – co z kolei zaowocowałoby w miastach grabieżami na niespotykaną skalę. Szpitale musiałyby zamknąć i zabarykadować bramy. Symulację przerwano w trakcie; nikt nie był ciekaw, jak dalej zmieniałaby się sytuacja”.