książki

„Smocze kły” – recenzja ostatniej książki Michaela Crichtona

We wszystkich recenzjach Smoczych kłów Michaela Crichtona powtarza się te same informacje. Że książka przeleżała dziesięć lat w szufladzie, zanim odnalazła ją wdowa po pisarzu. Że Crichtona najbardziej kojarzy się z wydanego w 1990 roku Parku Jurajskiego. Że tytułowe Smocze kły to kości dinozaura, a że powieść powstała w 1974 roku, stanowi niejako zapowiedź Parku.

I miałabym rację. Tyle że o tym wszystkim możecie przeczytać w każdej innej recenzji, jaką znajdziecie w sieci.

Tymczasem Smocze kły są bardzo interesujące, ponieważ to bardzo niecrichtonowska powieść. Jeśli ktoś stwierdzi: „To ja sprawdzę, o co chodzi z tym całym Crichtonem”, a potem, zachęcony, sięgnie po jego inną książkę, prawdopodobnie mocno się zdziwi. Smocze kły to powieść przygodowa, przetkana wprawdzie wiedzą, ciekawostkami i rzeczywistymi, historycznymi postaciami, ale akcja toczy się szybko i nie ma tutaj elementu science fiction. A zdecydowana większość powieści Crichtona była jednak inspirowana w mniejszym lub większym stopniu technologiami, odkryciami, wykraczaniem poza ludzkie możliwości.

Rzecz dzieje się w 1876 roku. Główny bohater to William Johnson, student na uniwersytecie Yale. Chłopak jest całkiem bystry, ale trochę rozpuszczony i mimo młodego wieku znudzony życiem; pożycza na przykład jacht od współlokatora, nie pytając go o zdanie, bo nie chce mu się go szukać, i rozbija statek, ponieważ nie umie żeglować, bo nauka byłaby dla niego zbyt nudna. Johnson zakłada się ze swoim rywalem o tysiąc dolarów, że weźmie udział w wyprawie profesora Othniela Charlesa Marsha na Zachód. Profesor jeździ na Zachód co rok, wyjazdy słyną ze spartańskich warunków i nie jest łatwo zapisać się do grupy. Niemniej Johnson, by nie zostać wyśmianym i upokorzonym, przystępuje do realizacji planu. Udaje mu się dołączyć do ekipy profesora, ale dość szybko wydarzają się dziwne, nieoczekiwane rzeczy, które – uprzedzam – mogą sprawić, że nie pójdziecie zbyt prędko spać.

Crichton wykorzystał elementy rzeczywistej historii, by stworzyć fikcyjną opowieść.

Dużo postaci jest prawdziwych, choć mało znanych osobom nieobytym z paleontologią bądź dziewiętnastowieczną historią Stanów Zjednoczonych, ale pojawiają się także głośniejsze nazwiska – na przykład Robert Louis Stevenson i Wyatt Earp. Ten pierwszy uważa się za pisarza i sporządza mnóstwo notatek”, a drugiego wynajmuje Johnson, by zapewnić sobie ochronę… co Earp robi, spędzając całą noc na grze w blackjacka z mężczyzną, którego obawia się Johnson. Coś mi mówi, że Crichton musiał się świetnie bawić przy pisaniu tej książki.

Historia Johnsona jest chwilami dość szalona, ale nie można wykluczyć, że to, co spotkało fikcyjnego bohatera, mogłoby spotkać człowieka w tamtych czasach. I to właśnie różni bardzo tę książkę od innych dzieł Crichtona – w pozostałych powieściach ludzie cofają się w czasie, wskrzeszają dinozaury, walczą z nanobotami bądź sztuczną inteligencją, analizują obcy pierwiastek zabijający ludzi w Arizonie… Oczywiście odrobinę upraszczam, niemniej na palcach jednej ręki można policzyć książki Crichtona, w których nie ma elementu science fiction.

Z powieści Crichtona zawsze uderzała jego inteligencja, dogłębne badanie tematu i umiejętność wytłumaczenia trudnych pojęć oraz zjawisk z prostotą. Na końcu książek umieszczał bibliografię, których długość przytłaczała; nie inaczej jest ze Smoczymi kłami. Ich bibliografia, powieści – przypominam – przygodowej, liczy sobie trzydzieści siedem pozycji. Bo tym razem tematem były kości dinozaurów: kto je odkrył, gdzie i kiedy, co sądzono na ten temat, ile trwało, zanim ktoś odkrył, że to zwierzęta, które wyginęły, bo wcześniej kości uważano za szczątki nosorożca, ryby czy… człowieka.

Smocze kły to wciągająca historia nie w stylu Michaela Crichtona… i zarazem jednak w jego stylu. Dla fanów jego twórczości i osób lubiących powieści przygodowe – pozycja co najmniej zalecana, jeśli nie obowiązkowa. Jeżeli ktoś akurat w tym gatunku nie gustuje i woli klasyczny technothriller w wydaniu Crichtona, może być trochę zawiedziony. Ja nie zamierzam nawet udawać, że jestem bezstronna – uwielbiam jego powieści od wielu lat, wystarczy mi najluźniejsze powiązanie z Crichtonem, żebym się zainteresowała, a gust literacki mam akurat dość rozległy. Byle by było dobrze napisane – a z tym Crichton problemów nie miewał. Oby to nie była ostatnia książka, jaką Sherri Crichton znajdzie w archiwach swojego małżonka.

Wydawnictwo: Rebis

Data wydania: 2018

Liczba stron: 340