książki

„Zakonnice odchodzą po cichu” – recenzja reportażu Marty Abramowicz

W lutym 2016 roku nakładem wydawnictwa Krytyka Polityczna ukazał się reportaż Marty Abramowicz zatytułowany Zakonnice odchodzą po cichu. Dotyczy tematu rzadko poruszanego – wystąpień sióstr z klasztoru – i wciąż wywołuje niemałe emocje.

Choć rocznie ponad sto sióstr zrzuca habit, Marcie Abramowicz udało się dotrzeć do dwudziestu. Zakonnice nie mają w zwyczaju opowiadać o swoich losach – to temat tabu. W klasztorze nie jest łatwo, a po wystąpieniu z niego życie staje się jeszcze trudniejsze; mają problemy z odnalezieniem się w nowej rzeczywistości, niektóre próbują popełnić samobójstwo. Część sióstr, zanim zacznie rozmowę z Abramowicz, pyta: „To na pewno anonimowe?”. W książce znalazło się ostatecznie siedem opowieści byłych zakonnic: Joanny i Magdaleny, Doroty, Justyny, Iwony, Agnieszki oraz Izabeli, historii tytułami wyraźnie podzielonych na „przed” i „po” („siostra Dorota” i później zwyczajnie „Dorota”).

I choć temat sam w sobie dla wielu był kontrowersyjny tylko dlatego, że dotyczy religii, wymowa tego reportażu nie jest taka oczywista.

„Siostra jest winna pokorę i posłuszeństwo”. To odpowiedź, która pada za każdym razem, kiedy zakonnice chcą porozmawiać z przełożoną o swoich wątpliwościach czy problemach. W klasztorze nie ma miejsca na wahania czy niepewność. Przełożona, mająca zastępować siostrom Chrystusa, zaleca im modlitwę i skoncentrowanie się na prowadzeniu regularnego trybu życia. Czas należy dzielić między wszystkie współsiostry – żadnych indywidualnych przyjaźni. Dąży się do świętości.

Jednej z zakonnic, molestowanej w dzieciństwie przez brata, Matka przełożona mówi, że „Takie rzeczy nie dzieją się bez przyczyny. A skoro siostrze sakrament spowiedzi nie wystarcza, to chyba ma siostra udział w tym grzechu…”. Kolejna zakonnica, Agnieszka, choruje, więc idzie do jednego jedynego lekarza, którego akceptuje zgromadzenie i który do badania używa… wahadełka. Wyniki ze szpitala nie potwierdziły jego diagnozy zapalenia zatok, a siostra dalej chorowała. Inne zakonnice zaczęły mówić, że jest dla nich ciężarem, więc gdy nie była już w stanie nawet odwiedzać chorych, wystąpiła ze zgromadzenia. Ale chyba najbardziej przygnębiająca historia w tym reportażu to opowieść siostry Izabeli. Urodzona zakonnica z powołaniem. Potrafiła zainspirować klasę na religii, tyle że czasem dokuczały jej bóle, więc musiała odejść z klasztoru. Zapytała dlaczego, a w odpowiedzi usłyszała: „Ze względu na stan zdrowia”. „Przecież pracuję. Bóle w tym nie przeszkadzają. Zgłosiłam się po pomoc, obowiązki wypełniam. – Siostra nie ma powołania. Taka jest decyzja zgromadzenia”.

I takich historii w książce można znaleźć mnóstwo. Siostry podkreślają, że poznały w zakonie dziewczyny, które trafiły tam z powołania, ale one same, po odejściu, z perspektywy czasu, wypowiadają się kategorycznie: „Nie ma obyczaju wyjaśniania przepisów, reguł i poleceń. Tak ma być i już. Wola boska”, „Trudno jest być w zakonie tak normalnie dobrym. Ludzie proszą cię o pomoc, ale ty najpierw musisz iść się pomodlić, a potem posiedzieć z siostrami na rekreacji. Chcesz pójść za odruchem serca, ale to sprzeczne z posłuszeństwem” – i ostatecznie, na sam koniec: „Każda, idąc do klasztoru, chciała czynić dobro. Każda próbowała, ale zakon jej to uniemożliwił”.

Marta Abramowicz jednak – czego część krytykujących jej książkę prawdopodobnie nie spostrzegła – nie piętnuje w ogóle religii ani wiary, lecz bezlitosny system, w którym kobiety muszą funkcjonować. I tylko one, bo zakony męskie drastycznie się różnią od żeńskich pod każdym względem. Druga część reportażu to moment, gdy autorka stawia wyraźną tezę – sytuacja kobiet w zakonie jest skandaliczna – i szuka odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak się dzieje, chce wiedzieć, czy te historie, które usłyszała, to wyjątek czy reguła. Dlatego po opowieściach byłych sióstr znajdziemy także jej rozmowy z zakonnikami (zwłaszcza z dominikanami) i zakonnicami z zagranicy, analizę statystyk, krótką lekcję historii i rozdział dotyczący władzy w kościele.

Zakonnice odchodzą po cichu robią piorunujące wrażenie. Opowieści byłych sióstr są przejmujące, chwilami wręcz niewiarygodne. Pracuję w miejscu, gdzie często przychodzą zakonnice – i zawsze, gdy je widzę, przypomina mi się ten reportaż. Przyglądam się siostrom i zastanawiam się, jak im się wiedzie, co myślą, co czują. Choć to duże, poważne słowa, nie waham się stwierdzić, że książka Marty Abramowicz zmieniła sposób, w jaki patrzę na zakonnice. Wasz prawdopodobnie także zmieni – i to powinno być wystarczającą rekomendacją, by ją przeczytać.