książki, ulubione

Pięć książek, które ktoś powinien zekranizować jeszcze raz

Jako mól książkowy i umiarkowana fanka filmu mam zazwyczaj ambiwalentne odczucia, kiedy ktoś zaczyna mówić o adaptowaniu jakiegoś dzieła literackiego. Mówi się, że są teksty, których nie da się zekranizować, ale reżyserzy ostatnimi czasy lubią brać je na warsztat (najświeższym przykładem jest chyba High-Rise – zrealizowane na podstawie Wieżowca J. G. Ballarda). A co z książkami, które przeniesiono na ekran, ale człowieka na samą myśl o poziomie tej adaptacji przeszywa nieprzyjemny dreszcz?

Trzej muszkieterowie – Aleksander Dumas

Wydawałoby się, że to idealny materiał na znakomitą adaptację – pojedynki, pościgi, romanse, intrygi, piękne kobiety, polityka, szlachetni mężczyźni… A tutaj nic. Dwa w miarę świeże „arcydzieła” to Muszkieterowie BBC i film Trzej muszkieterowie z 2011 roku. Serial wykończył mnie po czterech odcinkach – zapowiedzi wyglądały raczej poważnie, więc liczyłam na coś, co będzie trzymało się materiału wyjściowego, a nawet jeśli od niego odejdzie, da się to oglądać. Okazało się jednak, że scenarzyści z prozy Dumasa wzięli jedynie imiona bohaterów, po czym zrobili z nimi co chcieli. Swoją drogą, jak można było w roli wysokiego, smukłego, przystojnego Atosa obsadzić kogoś takiego jak Tom Burke? Nic do niego nie mam poza tym, że po prostu fizycznie nie pasuje do roli. Serce mnie bolało od oglądania i wbrew swojemu zwyczajowi zarzuciłam seanse. Film natomiast był rozrywką dla mas – przebrnęłam przez niego tylko dlatego, że grał tam Mads Mikkelsen, którego bardzo lubię. Z Trzema muszkieterami Dumasa miało to wspólny jedynie tytuł. Starsze ekranizacje (na przykład ta z 1973 roku) również są w moim odczuciu raczej byle jakie niż dobre. Tak więc wciąż czekam na adaptację, która odpowiednio potraktuje ten tekst i obsadzi odpowiednie osoby w odpowiednich rolach…

saga o Harrym Potterze – J. K. Rowling

Dobra, to dosyć kontrowersyjna propozycja. Ale bardzo lubię styl Rowling, a moim zdaniem po Więźniu Azkabanu nie było dobrej adaptacji tej sagi. Czara ognia sama w sobie jest akurat słabszą książką, Zakon Feniksa pozbawiono najlepszych momentów („Odkręca się w drugą stronę”), a Księcia PółkrwiInsygnia śmierci w przypływach dobrego humoru określam mianem nijakich. Do młodych aktorów jako takich mam niedużo zastrzeżeń (największą wpadką jest chyba Bonnie Wright w roli Ginny Weasley – pasuje jak pięść do nosa), do starych właściwie żadnych (obaj Dumbledore’owie są w porządku, a nieodżałowany Alan Rickman, Maggie Smith i Jason Isaacs to wisienki na torcie). O błędach obsadowych i o tym, dlaczego te późniejsze filmy uważam za fatalne, jeszcze kiedyś napiszę, a póki co nieśmiało marzę o serialu BBC. Proponuję po jednym tomie na sezon, po osiem–dziesięć odcinków. Udałoby się wiernie całość przenieść, nie wycinać ważnych albo zabawnych wątków tylko po to, żeby zmieścić się w dwóch godzinach. Wiem, że to nierealne jeszcze przez dobrych parę lat, ale nie tracę nadziei.

Niekończąca się historia – Michael Ende

Ręka do góry, kto oglądał film zatytułowany Niekończąca się opowieść z 1984 roku? Większość z was pewnie miło wspomina bajeczkę z dzieciństwa z chwytliwą piosenką, ale ja solidaryzuję się z autorem, który o mało nie dostał zawału, kiedy zobaczył, co się robi z jego dziełem (pozwał reżysera, ale niestety przegrał sprawę). Pamiętam, że książkę czytałam jeszcze w podstawówce – była to jedna z nagród dla uczniów ze świadectwem z paskiem, a ponieważ do takowych nigdy nie należałam, przechowywała je akurat moja rodzicielka i jeden wieczór tuż przed zakończeniem roku szkolnego mogłam spędzić na lekturze. Do tej pory uważam to dzieło za jedną z najlepszych książek fantasy, jakie czytałam. Film obejrzałam bodajże rok temu i autentycznie mnie to bolało. Adaptacja urywa się bowiem po ⅓ książki, kiedy robi się naprawdę ciekawie – Bastian wkracza w świat Fantazjany, przeżywa przygody i przechodzi najróżniejsze przemiany. To wbrew pozorom dorosła, poważna, wielopoziomowa książka o tożsamości człowieka, jego granicach i możliwościach, pięknie wykorzystująca magię słowa mówionego i pisanego. Ktoś postanowił jednak zignorować mądrość płynącą z tego naprawdę niesamowitego tekstu, spłycił przekaz, uzupełnił fatalnym aktorstwem, paskudnymi kukiełkami (Falkor na przykład wygląda jak pies, mimo że to smok) albo protezami – i rezultat jest naprawdę przerażający. Błagam, niech ktoś to nakręci jeszcze raz!

Hobbit, czyli tam i z powrotem – J. R. R. Tolkien

O ile nie przepadam w ogóle za Tolkienem, o tyle Hobbita akurat dosyć lubię. Po informacji, że będzie adaptacja, ucieszyłam się; po informacji, że chyba będą dwie części, zwątpiłam; po informacji, że będą trzy części, zrobiło mi się słabo. Przebrnęłam przez to wszystko tylko dla Martina Freemana, który doskonale do tej roli pasuje. I wprawdzie rozumiem, że Hobbitowa trylogia była zrobiona przez maniaka Tolkiena dla maniaków Tolkiena, chciałabym jednak zobaczyć wersję krótszą, lżejszą, pozbawioną wszystkich niepotrzebnych wstawek bonusowych. Długie rozmowy przy ruinach i przypominanie widzom o wątkach czy historiach z Władcy pierścieni nudziły mnie niemiłosiernie. Moim zdaniem Peter Jackson niepotrzebnie zekranizował książkę dla dzieci – napisaną zresztą językiem skrajnie innym niż Władca pierścieni – w sposób śmiertelnie poważny i rozwlekły. Mam nadzieję, że doczekam się kiedyś sensownej adaptacji.

Hrabia Monte Christo – Aleksander Dumas

Na zakończenie znów Dumas. Nie ukrywam wielkiego sentymentu do jego twórczości, a do Hrabiego Monte Christo w ogóle mam wyjątkową słabość. Jednak wszystkie adaptacje tej książki – dosyć grubej zresztą – są koszmarne i w ogóle mnie nie przekonują. Film z 2002 roku z Jimem Caviezelem w roli głównej był mdły i raził mnie słodkim, typowo hollywoodzkim zakończeniem. Epilog powieści jest znacznie ciekawszy, wyrazistszy i zdecydowanie bardziej dwuznaczny. Całość też idealnie nadaje się do zekranizowania: mamy tutaj rozbójników, żeglarzy, więzienie, ucieczki, intrygi, miłości stare i nowe, wrogów, przyjaciół. I znów mógłby to być serial – aby wszystkich bohaterów i wątki potraktować uczciwie. A moim faworytem do roli hrabiego jest Tom Hiddleston – wysoki, szlachetny, smukły, przystojny, melancholijny, trochę tajemniczy. Przecież ten scenariusz sam się pisze…

Jeżeli ktoś dysponuje numerem telefonu do jakiegoś dobrego reżysera, proszę o kontakt…

Tekst później ukazał się także na film.org.pl.