seriale

„Castle” – recenzja serialu

Kiedy dziewięć lat temu zaczynałam przygodę z serialami, nie trzeba było wiele, żebym przywiązała się do jakiejś produkcji. Wystarczyli dobry aktor, ciekawa postać albo intrygująca fabuła. Mentalistę lubię za czarującego Simona Bakera; przez Dawno, dawno temu przebrnęłam tylko dlatego, że Lana Parrilla i Robert Carlyle to najlepszy duet aktorski, jaki kiedykolwiek widziałam w serialu; House’a obejrzałam wyłącznie dla charyzmy Hugh Lauriego. Castle również miał swoje wady i zalety, ale decyzje podjęte przez producentów zniszczyły ten serial bezpowrotnie.

Castle to historia banalna i stereotypowa: pisarz Richard Castle (Nathan Fillion) towarzyszy detektyw Kate Beckett (Stana Katic), by zapoznać się z pracą policji. Oczywiście ciągle się do niej wdzięczy, a ona w najlepszym razie go ignoruje. Ale ponieważ, jak mówiłam, to historia banalna i stereotypowa, prędzej czy później i tak wylądują w łóżku. Typowy serial proceduralny z romansem.

Ten, kto wymyślał Castle’a i Beckett, naoglądał się za dużo Z archiwum X. Castle, jak przystało na obdarzonego bujną wyobraźnią pisarza, wymyślał takie głupoty, próbując rozwiązać morderstwa, że rozsądna, rzeczowa Beckett mogła jedynie wywracać oczami. Nawet nie idąc w science fiction, można było tutaj sporo podziałać, stworzyć ciekawe konflikty; tymczasem sprowadzało się to do tego, że Castle wygłaszał jakieś absurdalne teorie, Beckett sugerowała, żeby się puknął w głowę, i rozwiązywała sprawę. Gdy w jednym odcinku w tajemniczy sposób ginie astrofizyk, a rząd próbuje wstrzymać śledztwo, rozważania bohaterów szybko kończą się tym, że Castle nuci melodię z czołówki Z archiwum X (bardzo subtelne), Beckett wywraca oczami, po czym po prostu szuka dalej poszlak.

castle stana katic

Castle był kobieciarzem, poczytnym pisarzem, który jednym telefonem mógł załatwić wszystko, samotnym ojcem nastoletniej Alexis, i jako postać wyszedł na tym zarazem lepiej i gorzej. Gorzej, ponieważ nie przeszedł właściwie żadnej zmiany, rozwinął się tylko nieznacznie, ale lepiej, ponieważ to oznaczało, że scenarzystom nie udało się tak bardzo popsuć wątków z nim związanych. Przestał podpisywać się kobietom na dekolcie, ale to chyba największa różnica charakterologiczna między Castle’em z pierwszego odcinka a Castle’em z ostatniego…

Tymczasem historia Beckett, kobiety z przeszłością, zapowiadała się znacznie ciekawiej. Detektyw od wielu lat obsesyjnie próbowała dowiedzieć się prawdy na temat śmierci jej matki, zamordowanej, gdy Beckett miała szesnaście lat. Niestety ten wątek wracał tylko w dwóch czy trzech odcinkach sezonu – czyli na początku, w środku i pod koniec, kiedy stacje mierzą oglądalność i oceniają, kogo trzeba zdjąć z anteny, a kogo jeszcze nie. I mimo tego, że nie był to główny motyw serialu, udało się to zepsuć – Beckett stosunkowo szybko i łatwo złapała winnego, ale potem oczywiście okazało się, że to dopiero początek góry lodowej, wielkiej konspiracji sięgającej niemal Białego Domu, a rozpracowanie całej szajki i udowodnienie im czegokolwiek zajmie setki lat i jest nie do zrobienia. Im bardziej scenarzyści kręcili się wokół własnego ogona, tym bardziej widzowie w imieniu Beckett wywracali oczami.

W dodatku Castle na przestrzeni tych ośmiu lat odpracował wszystkie nudne i stereotypowe odcinki, które muszą się pojawiać w każdym serialu proceduralnym. Odcinek, w którym Castle’a podejrzewa się o popełnienie morderstwa? Jest. Odcinek, w którym ekipa filmowa śledzi każdy krok bohaterów? Jest. Odcinek, w którym ktoś stoi na bombie? Jest. Odcinek, w którym Beckett i Castle muszą się całować, by uniknąć rozpoznania? Jest. Odcinek, w którym grozi im wybuch bomby, śmierć przez utopienie, upadek z wysokości albo postrzał? Jest, jest, jest, jest i jest. Zabrakło chyba tylko odcinka musicalowego.

Stare powiedzenie mówi, że mężczyznę ocenia się nie po tym, jak zaczyna, tylko po tym, jak kończy. Gdyby przełożyć to na seriale, okazałoby się, że o Castle’u nie warto nawet wspominać. Po ósmym sezonie fanów zaskoczyła wiadomość, że tylko Fillionowi przedłużono kontrakt, Stana Katic nie wraca i w kolejnym sezonie z pary Beckett–Castle będzie tylko Castle. Zdegustowani fani wszczęli taki raban, że dość szybko oświadczono, że serial jednak zostanie skasowany. Problem jedynie w tym, że nikt się tego nie spodziewał, co boleśnie widać po końcówce – w ostatnim odcinku Castle i Beckett zostają postrzeleni, ekran robi się czarny… po czym pojawia się krótki, trzydziestosekundowy, wyraźnie doklejony w ostatniej chwili montaż pod tytułem „i żyli długo i szczęśliwie”.

Tyle rzeczy poszło źle, choć mogło pójść znacznie, znacznie lepiej – a jednak wciąż mam do niego sentyment. Do dziś pamiętam, że potrafiłam wstać półtorej godziny wcześniej, żeby przed zajęciami obejrzeć nowy odcinek, często bez napisów, osłuchując się dzięki temu z angielskim. Teraz już tak chętnie seriali proceduralnych nie oglądam, a już zwłaszcza ośmiosezonowych tasiemców po dwadzieścia odcinków, ale do tego jednego akurat wracam. I teraz, ze świadomością tego, jak zły chwilami jest ten serial, wywracam oczami nie gorzej niż Kate Beckett.

Tekst pierwotnie ukazał się na portalu film.org.pl.