seriale

Recenzja „Drakuli” BBC: symfonia kiczu i pomyłek

Kolejna ekranizacja Drakuli? Po co to komu potrzebne? Te pytania powinni byli zadać sobie twórcy serialu BBC i od razu odpowiedzieć: „Nikomu. Nikt nie potrzebuje tego serialu”.

UWAGA, RECENZJA ZAWIERA SPOILERY.

W roli Drakuli obsadzono duńskiego aktora Claesa Banga, najbardziej znanego do tej pory z The Square i serialu The Affair. To zdecydowanie najlepsza decyzja, jaką podjęli producenci Drakuli Steven Moffat i Mark Gatiss; Bang – ze swoją nieco demoniczną, mroczną urodą – spisał się znakomicie. W jednej chwili uwodzi, uśmiecha się uroczo, lekko zalotnie, a w drugiej z furią rzuca się na ludzi, przegryza im żyły i groźnie ocieka krwią. I z lekkością wygłasza dwuznaczne kwestie w rodzaju „You are what you eat” albo „You do look rather… drained”.

Drugim dużym plusem – aczkolwiek głównie dla fanów filmów i wampirach – są nawiązania do innych produkcji o Drakuli. W serialu BBC można odnaleźć i te bardziej oczywiste („The children of the night. What music they make!”, „I never drink… wine”), i te mniej rzucające się w oczy (przybycie Harkera do zamku niemal identyczne z tym w Drakuli Francisa Forda Coppoli lub frak z Drakuli Teda Browninga). Na tym właściwie kończą się plusy serialu, który poza tym jest rozpaczliwie przewidywalny, pełny nieścisłości i kiczu.

Wiadomo, że trudno oczekiwać realizmu czy naukowych spostrzeżeń w serialu o wampirach, niemniej serial w obrębie swojego świata przedstawionego powinien być spójny. Tymczasem tutaj panuje samowolka. Krzyż działa na Drakulę tylko wtedy, kiedy to akurat pasuje scenarzystom; wampir nie reaguje na krzyż Jonathana Harkera, dopóki nie odbije się w nim światło słoneczne, ale za to prowizoryczny znak krzyża z palców (w dodatku żeglarza, nie żadnej zakonnicy czy księdza) skutecznie go odpędza. W pierwszym odcinku Drakula jest stary, pomarszczony, niemal łysy, ponieważ od wielu lat nie pił ludzkiej krwi, i dopiero gdy pożywia się Harkerem, staje się przystojnym Claesem Bangiem – ale gdy spędza sto dwadzieścia trzy lata pod wodą, także bez pożywienia, wychodzi z niej niezmieniony w żaden sposób. Krew, która przecież bardzo szybko krzepnie, w świecie Moffata i Gatissa może być bardzo długo płynna, żeby dla większego dramatyzmu ktoś mógł wygłosić jakąś przemowę na dowolny temat.

I coś, co mnie chyba najbardziej zirytowało: akcja w drugim odcinku przenosi się na zmianę z zamku Drakuli do statku Demeter. W zamku Drakula relacjonuje siostrze Agacie, co się wydarzyło na statku Demeter. Scenarzyści przegapili tylko, że siostra Agatha ginie na morzu, a sam Drakula idzie pod wodę na sto dwadzieścia trzy lata. Sceny w zamku nie miały się zatem kiedy wydarzyć – ale grunt, żeby można było zrobić dramatyczny wstęp, a potem w co ciekawszych momentach przerwać akcję, żeby wzbudzić zainteresowanie widza. Pal licho chronologię, trzeba trochę urozmaicić serial, na pewno nikt nie zauważy wpadki!

Siostra Agatha, która miała być mądrą i inteligentną kobietą, robi mnóstwo głupich rzeczy. Przez dobre dwadzieścia minut pierwszego odcinka prowokuje wkurzonego Drakulę, prowadząc z nim bezsensowną, niepotrzebną, niemożebnie przegadaną i rozciągniętą w czasie debatę w drzwiach bramy klasztornej. Chyba nigdy nie słyszała, że nie należy drażnić lwa (czy w tym przypadku wilka). W drugim odcinku jest zdeterminowana poświęcić się i wysadzić statek, żeby uśmiercić Drakulę – ale gdy Drakula odchodzi, zostawiając ją samą sobie, ona idzie za nim, najwyraźniej wierząc, że kapitan Sokołow, który właśnie wykrwawia się z tętnicy szyjnej, zdąży doczołgać się do beczki z prochem. Wierzyła słusznie, jednak naprawdę nie świadczy to najlepiej o jej inteligencji – po co robić coś samej, skoro przecież nie ma bardziej godnych zaufania sprzymierzeńców niż umierający kapitan podrzędnego statku.

Fakt, że lęk Drakuli przed światłem słonecznym okazuje się po prostu legendą, z jednej strony jest całkiem ciekawy. Jest także nawet dość spójny (zapewne przypadkiem), bo we wszystkich scenach, gdzie na Drakulę pada światło dzienne, wampir wije się i syczy, ale rzeczywiście nic mu się nie dzieje – nie zaczyna się rozsypywać ani palić. Z drugiej strony odnoszę wrażenie, że zostało to wymyślone w ostatniej chwili, bo scenarzyści zapędzili się w kozi róg, wyrzynając pół obsady i skazując Zoe Van Helsing na osłabienie z powodu raka. Niech sobie umrą w rozpaczliwie kiczowatej scenie, znów będzie dramatycznie, widzowie to lubią.

Jeżeli nazwiska Stevena Moffata i Marka Gatissa wydają się wam znajome, to prawdopodobnie dlatego, że pracowali przy SherlockuDoktorze Who, jednych z najgłośniejszych seriali brytyjskich ostatnich lat. I niestety te same cechy, które położyły dwa ostatnie sezony Sherlocka i całą moffatową erę Doktora Who, można odnaleźć w Drakuli. Tanie efekciarstwo, kicz, brak logiki oraz spójności, stereotypowe postacie kobiece, tajemniczy, ale pociągający główny bohater… Tak, widać, że przy tych serialach pracowały te same osoby – i to w tym złym znaczeniu.

Drakuli można doszukać się jeszcze wielu innych błędów i powtarzanych zagrywek (nie szukając daleko, treść SMS-ów nałożona nad ekranem telefonu w ten sam sposób, co w Sherlocku). Mimo to serial zebrał dobre opinie od krytyków – ale w większości złe od fanów. I nie dziwi mnie to – ten konkretny Drakula potrafi pokazać kły, ale głównie aktorsko; fabularnie natomiast zabrakło mu świeżej krwi. Miejcie to na uwadze, zastanawiając się, czy warto go obejrzeć.

Tekst pierwotnie ukazał się na portalu film.org.pl.