„Opowieść podręcznej” – recenzja drugiego sezonu

Znacie to uczucie, gdy oglądacie film i bohaterowi przydarza się akurat ta jedna rzecz, która was fizycznie boli? Macie świadomość, że oglądacie fikcję, ale na tę jedną rzecz jesteście wyjątkowo wrażliwi i odczuwacie ją tak, jakby się przydarzyła wam. Wyrywanie zębów, paznokci, uderzenie w nos, głęboko zakneblowane usta, wieszanie, skok z dachu, zerwane ścięgno, zgrzytnięcie zębami, skurcz mięśni…

Ja się tak czułam, oglądając drugi sezon Opowieści podręcznej. Przez całe trzynaście odcinków.

* * *

Kiedy pisałam recenzję pierwszego sezonu, założyłam, że część osób może chcieć dowiedzieć się paru rzeczy ogólnie o serialu, bez spoilerów, i napisałam ją dość ogólnikowo. Tym razem założyłam jednak, że recenzji drugiego sezonu nie będą czytać osoby, które go nie oglądały. Nie zdradzam zakończenia, ale możecie dowiedzieć się więcej o wątkach i historiach postaci, niż byście chcieli. Czytacie na własną odpowiedzialność.

elisabeth moss twitter
Źródło: oficjalny profil Elisabeth Moss na Instagramie

Nie ulega wątpliwości, że June to pierwszoplanowa bohaterka Opowieści podręcznej. Od niej wszystko się zaczyna, na niej się wszystko kończy. To ona jest narratorką, to ona opowiada o swoim życiu. Ale jak dla mnie nie ulega też wątpliwości, że w tym sezonie to Serena Joy okazała się bardziej interesującą postacią.

June jest normalną kobietą. Pracowała, w dodatku lubiła to, co robiła, miała znajomych, zakochała się, wyszła za mąż, urodziła dziecko. Nie ona pierwsza, nie ona ostatnia. Ogólnie rzecz ujmując, to dziewczyna ze zwyczajnym życiorysem. My, jako widzowie, potrafimy się z nią utożsamić, zrozumieć ją, nawet jeśli nie mamy z nią zbyt wiele wspólnego – to po prostu znana nam historia. June nie udało się uciec, więc musiała zostać podręczną. Jej niezaprzeczalny heroizm imponuje właśnie dlatego, że to wysiłek zwykłej kobiety, zdeterminowanej, by odnaleźć swoje dziecko i uciec z reżimu.

Tymczasem Serena Joy to kobieta, która walczyła o wprowadzenie systemu poniżającego i degradującego kobiety. To ona była pomysłodawczynią – niespodzianka, te chore idee nie zrodziły się w wyobraźni mężczyzn, lecz właśnie kobiety. Można nie popierać aborcji, to kontrowersyjny i trudny temat, zgoda, ale żeby baba uznała, że chce skazać inne baby, w tym swoje koleżanki, znajome i kuzynki, na comiesięczny gwałt? Gdzie ta solidarność jajników, do licha ciężkiego? A Serena nie wycofała się nawet wtedy, gdy ją postrzelono, to wręcz zmotywowało ją do tego, by robić jeszcze więcej. Tak na marginesie – tej kobiecie, inteligentnej, wykształconej, oczytanej, niegdyś wpływowej dzięki tym właśnie cechom – wręcza się rozpiskę dnia w Kanadzie z obrazkami zamiast tekstu. Uwłaczające, choć intencje były dobre.

serena joy rozpiska

Serena Joy poświęciła wszystko dla idei – karierę, szare komórki, swobodę, indywidualizm, inteligencję. Teraz jest wierną, kochającą żoną, która nie może nawet kiwnąć palcem bez zgody męża. Zajmuje się więc troskliwie tym mężem, dba o niego, opiekuje się, załatwia jego sprawy, gdy sam nie może ich doglądać, posuwając się nawet do fałszerstwa i łamania przepisów. I cierpliwie dzierga na drutach kolejne ubranka, choć tego nie znosi. Ale musi, bo co innego ma zrobić ze sobą, może czytać książki Umberto Eco? A tymczasem Fred w imię tej samej idei pobije ją tak, że nie będzie mogła chodzić.

I naprawdę fascynujące jest to, że Serena ewidentnie zdaje sobie sprawę z tego, że system nie działa idealnie. Dociera do niej, że wbrew temu, co mówi się oficjalnie, problemy z ciążami nie są wyłącznie winą kobiet, czego najlepszym dowodem scena z pierwszego sezonu, gdy Serena sugeruje, że June powinna przespać się z Nickiem. Serenę właśnie pobił mąż – bo mu wolno, więc w sumie dlaczego nie? Boi się go, podskakuje nerwowo, gdy jej dotyka, ale kiedy Mark Tuello proponuje Serenie pomoc, odmawia i wraca z Fredem do Gileadu. Wraca, i choć wie, że krzywdzi inną kobietę, asystuje mężowi podczas kolejnego gwałtu na June.

Mimo tych wszystkich złych decyzji podjętych i lata temu, i niedawno – łatwo zacząć współczuć Serenie. Zgroza ogarnia, gdy pomyśleć, jak wiele poświęciła, i zgroza ogarnia, gdy pomyśleć, jak bardzo to wszystko obróciło się przeciwko niej (szczególnie w kontekście ostatniego odcinka). Trudno się potem dziwić, że chłodno traktuje June i nie dopuszcza do siebie właściwie nikogo.

Dzięki poprzednim dziesięciu odcinkom wiemy już, że kobietom w Gileadzie wolno jedynie rodzić dzieci, wielbić mężczyzn i robić na drutach (najlepiej w takiej kolejności, jeśli chodzi o priorytet). Przywykliśmy trochę do ceremonii, komendanta i jego oziębłej żony, oswoiliśmy się z oklepanymi formułkami, którymi posługują się bohaterowie. Znamy tę historię, wiemy, co spotyka każdą podręczną. Ale ten sezon daje nam coś nowego: odrobina tła historyczno-politycznego (zarówno przeszłego, jak i obecnego), traktowanie ciężarnych kobiet, sytuacja w koloniach. Dzieje się znacznie więcej, akcja przyspiesza.

opowiesc podrecznej kolonie

June robi w tym sezonie krok do przodu, by zaraz potem zrobić pięć do tyłu, a jej historia przygnębia jeszcze bardziej niż poprzednio. Gdyby tak podsumować, co próbowała w tym sezonie zrobić, okazałoby się, że w zasadzie nic jej nie wyszło: jednostka nie ma szans w walce z bezlitosnym systemem. June musi liczyć tylko na siebie – do tego stopnia, że prosi ciotkę Lidię, by opiekowała się jej nienarodzonym dzieckiem. Co trochę ma sens, bo widać, że na swój pokręcony sposób troszczy się o podręczne i dba o nie, ale trochę też nie ma, bo widać, że ciotka Lidia na swój całkowicie niezrozumiały sposób święcie wierzy w propagandę Gileadu. Jak zdesperowana musi być kobieta, która prosi taką osobę o opiekę nad jej dzieckiem?

O ile premiera pierwszego sezonu Opowieści podręcznej przypadkowo wypadła akurat cztery miesiące po rozpoczęciu się prezydentury Donalda Trumpa, którego wypowiedzi dotyczące praw kobiet, antykoncepcji i aborcji spotkały się z dużym sprzeciwem w pewnych środowiskach, o tyle nie wątpię, że tym razem aluzje polityczne były planowane. Strajki i przemarsze kobiet, obrzucanie konserwatystów wyzwiskami, wypowiedzi w rodzaju „Ależ ja ufam Bogu, po prostu nie ufam policji”, zamach na komendantów, sprawujących przecież w Gileadzie funkcje rządowe… Nie są to wprawdzie najsubtelniejsze aluzje na świecie, ale mnie, jako osobie związanej z pisaniem, korektą i redakcją tekstu, najbardziej przypadło do gustu – choć to może niezbyt fortunne sformułowanie w kontekście zamachu – porównanie zapalnika od bomby i długopisu, którym pstryka June. Porównanie w dodatku pacyfistyczne, bo sugerujące przecież, że co najmniej tyle samo, jeśli nie więcej, można osiągnąć słowem, co przemocą.

Drugi sezon jest – choć wydawało mi się to niemożliwe – jeszcze bardziej depresyjny niż pierwszy. Człowiek tak wsiąka w klimat tego serialu, że gdy bohaterowie wyjeżdżają do Kanady, my z podobnym co oni szokiem oglądamy znaną nam przecież rzeczywistość – ludzie z telefonami komórkowymi w ręce, kobiety czytające książki, pary całujące się na ulicy, tłumy, ciężarówki z jedzeniem, kolorowe czasopisma, hałas samochodów. Opowieść Podręcznej może z wami zostać na dłużej – ale oby ta historia miała jednak chociaż trochę szczęśliwe zakończenie, bo póki co, tak jak pisałam we wstępie, oglądanie tego serialu fizycznie boli.

Tekst pierwotnie ukazał się na portalu film.org.pl.