„Rodzina Borgiów” – recenzja serialu z Jeremym Ironsem

Sześć lat temu, gdy rozpoczynała się emisja Rodziny Borgiów, obsadzanie znanych aktorów filmowych w serialach nie było jeszcze normą. Dziś już nikogo to nie zaskakuje – mamy przecież, nie szukając daleko, Wielkie kłamstewka z Nicole Kidman i Reese Witherspoon, Westworld z Anthonym Hopkinsem, Młodego papieża z Judem Law czy Tabu z Tomem Hardym. Gdy w 2011 roku Neil Jordan kompletował obsadę do Rodziny Borgiów, do roli papieża Aleksandra VI wybrał Jeremy’ego Ironsa

– i jego nazwisko samo w sobie wystarczyłoby za krótką recenzję serialu na Filmwebie.

Jeremy Irons emanuje charyzmą w każdej scenie, nawet jeśli akurat stoi tyłem do widza. Z taką samą lekkością gra despotę i czułego ojca, jednym drgnieniem brwi wyraża niezadowolenie i ledwo zauważalnym uniesieniem kącików ust – rozbawienie. Jest wyniosły, dumny i mściwy. Irons nawet przez sekundę nie schodzi poniżej pewnego poziomu aktorstwa, a poprzeczkę ustawił sobie bardzo wysoko. Już dawno nie widziałam takiej świetnej, a zarazem lekkiej i niewymuszonej gry – ani w filmie, ani w serialu.

Rodrigo Borgię poznajemy w dniu konklawe – obserwujemy, jak przekupuje kardynałów i tym sposobem zostaje papieżem Aleksandrem VI. Jednak ten, kto uznałby, że serial o duchownym musi być nudny, byłby w błędzie. Borgia funkcjonuje bardziej jako polityk, nie papież. Za wszelką cenę stara się utrzymać na stołku – nieobce są mu nepotyzm, symonia, szantaż. Swoich synów Juana (David Oakes) i Cesarego (François Arnaud) obsadza na wysokich stanowiskach, córkę Lukrecję (Holliday Grainger) jak najszybciej należy wydać za mąż za jakiegoś księcia z zaprzyjaźnionego państwa, żeby zagwarantować sobie sojuszników. W chwilach wolnych od spiskowania spotyka się ze swoją kochanką, bo kto by się tam przejmował jakimś celibatem. I mimo tego wszystkiego Borgia potrafi być troskliwym, kochającym ojcem i mężem, potrafi przejąć się swoimi grzechami i chcieć odpokutować wszystkie złe uczynki. Ze skrajności popada w skrajność – a Jeremy Irons sprawia, że jest to wiarygodne.

Serial bywa jednak nierówny. Na przykład pierwszy sezon minął bohaterom na ckliwym patrzeniu sobie głęboko w oczy i wygłaszaniu romantycznych przemówień nad bajorkiem w lesie. Cesare i Lukrecja dodatkowo spędzali sporo czasu na przytulaniu się, najlepiej nosem w nos, żeby widz nie przegapił insynuowanego kazirodztwa. Ten wątek zresztą całkowicie porzucono w drugim sezonie, by przypomnieć sobie o nim w trzecim i bez ostrzeżenia dość nieoczekiwanie od słów przejść do czynów. W każdym razie – o ile pierwsze dziesięć odcinków miało ckliwe, nudne momenty, o tyle kolejne mocno ograniczyły harlekinowe scenki. Wyszło to serialowi na dobre, bo skoncentrowano się na intrygach, na polityce. I nawet jeśli niektóre wydarzenia dało się przewidzieć, i to bez dogłębnej znajomości historii, bo tą inspirowano się dość luźno, całość niesamowicie wciągała.

Nie bez znaczenia jest fakt, że Rodzina Borgiów wygląda nieziemsko. Ponownie – dziś to normalne, nikogo nie zastanawia, że serial robi niesamowite wrażenie i chwali się swoim budżetem, lecz w 2011 roku serialowe superprodukcje nie były jeszcze na porządku dziennym. Każdy kadr z Rodziny Borgiów jest artystyczny, przemyślany, gotowy do druku i powieszenia w ramce na ścianie, a co drugi wyraźnie inspirowany malarstwem. Choć widać chwilami, że lokacje się powtarzają, nie odbiera to w ogóle przyjemności z oglądania. To po prostu trzydziestogodzinny film, tyle że bardzo drogi. Jeden odcinek kosztował blisko pięć milionów dolarów, czyli tylko trochę mniej niż Gra o tron w tym samym roku – ale ona przynosi znacznie większe zyski i dlatego do dziś jest na antenie (czego osobiście nie pojmuję).

Fabularny plan Neila Jordana, producenta serialu, zakładał cztery sezony. Ostatniego już nie wyprodukowano – właśnie ze względu na koszta. Skutkiem tego jest mało efektowne zakończenie, które stanowiło dobre zamknięcie sezonu, ale jako epilog całego serialu było mało wyraziste. Stacja Showtime podliczyła pieniądze i zdecydowała, że nawet film domykający historię Borgiów byłby zbyt drogi. Nie da się ukryć, budżet widać – z jednej strony trudno się dziwić właśnie takiej decyzji, z drugiej bardzo szkoda niewykorzystanego potencjału.

Dość nieroztropnie zafundowałam sobie maraton Rodziny Borgiów, by zaraz potem zmierzyć się z Młodym papieżem. Oglądania jeszcze nie skończyłam, więc być może odszczekam te słowa, ale póki co bardzo boleśnie odczuwam różnicę w poziomie obu produkcji. Mimo zupełnie innej stylistyki – Rodzina Borgiów bardziej koncentruje się na intrydze, podczas gdy Młody papież raczej na klimacie i zmaganiach Piusa XIII z wymogami urzędu – ten drugi nie wytrzymuje porównania. Wygląda bardzo przeciętnie, jest tak samo zagrany i w dodatku nie wciąga absolutnie niczym. Jeśli zachwyciliście się Młodym papieżem, sięgnijcie po Rodzinę Borgiów. Prawdopodobnie przeżyjecie szok estetyczny, ale zapewniam, że warto.

Tekst pierwotnie ukazał się na filmorgu.

Hop do góry