„Top of the Lake” – recenzja serialu z Elisabeth Moss

Za oglądanie Tajemnic Laketop zabierałam się z nadzieją, że obejrzę dobry serial. Takie cudowne recenzje bowiem czytałam w Internecie – gdzie bym nie spojrzała, same pochwały i najwyższe noty. Że ciekawa intryga, że interesujący bohaterowie, że świetnie nakręcony, że niesamowity klimat, że znakomite aktorstwo. Sprawdziły się tylko dwie z tych pochwał, a i to niestety tylko częściowo. Skąd u licha zachwyty nad tą produkcją, prezentującą poziom zdecydowanie jednak średni?

Fabułę pierwszego sezonu można zamknąć w jednym zdaniu. Detektyw Robin Griffin próbuje odnaleźć Tui, dwunastoletnią dziewczynkę w ciąży. To idealnie oddaje akcję, nic dodać, nic ująć. Mało napięcia, mało kryminału… i mało zagadek, bo są tylko dwie – kto zgwałcił Tui i dlaczego znikła? – a odpowiedzi na te pytania można bez większego trudu udzielić w połowie drugiego odcinka (a jest ich łącznie sześć!). Powiem więcej, równie prędko udziela ich sama pani detektyw. Tak więc z listy zalet serialu możemy skreślić ciekawą intrygę.

Interesujący bohaterowie?

Niewykluczone, że takowi byli, ale chyba w scenach wyciętych. Robin Griffin jest policjantką z przeszłością – nieszczególnie pomysłowe, realizacja toporna, bo podobieństwa między Robin a Tui są wałkowane do znudzenia na wypadek, gdyby ktoś cierpiał na zaniki pamięci krótkotrwałej. Ojciec Tui, Matt Mitcham, to jedyna osoba, która przejawia coś na kształt charakteru – jest despotą, furiatem i nieoficjalnym burmistrzem miasteczka. I żeby nie było, sporo postaci miało potencjał, jak choćby tajemnicza G.J., natchniona guru. Ale ona, zamiast rzeczywiście być intrygującą bohaterką, po prostu powiewała swoimi długimi białymi włosami, patrzyła w niebo i co jakiś czas udzielała potrzebującym audiencji, wygłaszając wówczas mądrości w stylu „Słuchaj ciała, bo ciało samo najlepiej wie, co zrobić”. A widzowi ręce opadają, zwłaszcza kiedy G.J. mówi to pytającej ją o radę ciężarnej dwunastolatce, która na pewno jest gotowa na to, żeby samodzielnie, bez niczyjej pomocy, urodzić dziecko. Zgaduję, że G.J. nie słyszała nigdy o pokwitaniu.

Kretynizmy fabuły przestałam liczyć po trzecim odcinku.

Okej, zdjęcia rzeczywiście są świetne. Widać rozmach, jest mnóstwo ujęć pokazujących miasteczko z lotu ptaka – a w okolicy pełno gór, dolin, jezior, lasów. Detektyw Griffin otaczają często kolory ziemi: zieleń, brąz, czerń, także błękit. Ale to nie buduje jakoś szczególnie tego rzekomego niesamowitego klimatu. Po prostu dużo drzew, wody i przestrzeni – działa to przede wszystkim wtedy, kiedy trwają poszukiwania Tui – widz uświadamia sobie, ile jest kilometrów do przeszukania. Punktów za klimat nie przyznaję.

Zostaje znakomite aktorstwo. O ile sama postać detektyw Griffin nie jest zbytnio intrygująca – ot, po prostu kobieta z przeszłością, bo trudno za wyjątkowe cechy uznać na przykład jej empatię – o tyle Elisabeth Moss istotnie daje popis swoich możliwości. Peter Mullan grający Matta Mitchama również dwoi się i troi, by jako dość groteskowo niedobry ojciec Tui stworzyć postać, którą można się zainteresować. Jedynie ta dwójka wyróżnia się na tle reszty obsady, bo przynajmniej widać po aktorach talent i większe zaangażowanie w rolę; pozostali aktorzy zagrali dobrze, ale po prostu dobrze, rzemieślniczo, bez polotu.

Jane Campion, jedna z twórców serialu (drugim jest Gerard Lee), planowała tylko jeden sezon Tajemnic Laketop. Prawdę mówiąc, gdybym tego nie wyczytała w Internecie, w życiu bym nie zgadła. Sezon zakończył się mało efektownie, bezbarwnie, do tego wiele rzeczy budziło wątpliwości, nie zostało wyjaśnionych albo było wprost głupich. Kretynizmy fabuły przestałam zresztą liczyć po trzecim odcinku, wpiszcie sobie w Google „Top of the Lake plotholes” i macie wieczór z głowy. W każdym razie – postanowiono jednak nakręcić drugi sezon. Ukazał się miesiąc temu, akcję przeniesiono do Sydney, a obsadę niemal całkowicie wymieniono, ostała się tylko Elisabeth Moss. Dołączyła za to, uwaga, uwaga, Nicole Kidman.

I okazuje się, że mogło być jeszcze gorzej. Pierwszy sezon mógł wyglądać tak jak drugi.

Fabuła?

Ocean wyrzuca na brzeg walizkę, w której zamknięto ciało dziewczyny, prawdopodobnie zamordowanej. Trzeba się dowiedzieć, kim była, co się stało i czy rzeczywiście została zamordowana. Detektyw Griffin musi dojść do tego sama, ale widzom pokazano to już w pierwszym odcinku. Tym bardziej frustrujące jest czekanie przez bite cztery odcinki, aż Griffin nareszcie odkryje tożsamość dziewczyny. A w tym czasie? Cóż, fabuła kręci się wokół przeszłości pani detektyw – przeszłości, która staje się jej teraźniejszością. Serial staje się raczej dramatem rodzinnym, sprawa kryminalna znów odchodzi w zapomnienie. Pojawia się co jakiś czas, owszem, ale wlecze się powoli, powolutku, powoluteńku…

Bohaterowie?

Nie. Wszyscy są denerwujący, nikt nie budzi sympatii, nikt nie jest ciekawy. Nie liczę Robin Griffin, choć i ona jakby nieco straciła urok. Ale z nowych postaci – a obsada jest właściwie całkowicie nowa – nie ma absolutnie jednej osoby, której chciałoby się kibicować. Jest grupa nerdów rzucających seksistowskimi komentarzami i żałośnie próbująca poderwać kelnerkę w lokalu, gdzie przesiadują; jest dysfunkcyjna rodzina z wyjątkowo irytującą nastolatką, matka swoją drogą w niczym jej nie ustępuje; jest jeszcze bardziej irytujący alfons, agresywny pozer, pseudoindywidualista; jest też niemożebnie drażniąca policjantka, nowa partnerka Robin, frustrująca swoim dziecinnym podejściem i głupimi zachowaniami. Już dawno nie widziałam zestawu tak nudnych bohaterów.

Aktorstwo?

Otóż ciekawostka, także nie. Elisabeth Moss nadal jest dobra, ale nie błyszczy już tak, jak poprzednio. Pomyślicie pewnie, że Nicole Kidman na pewno pokazała, co potrafi. Otóż… nie za bardzo. Pokazała w pierwszym odcinku, w jednej scenie, a później odpuściła. I trudno ją winić – rola rozhisteryzowanej matki-lesbijki, jaka jej przypadła, nie stwarzała zbyt wielu możliwości. Prawdę mówiąc, mógłby zagrać tę rolę ktokolwiek, i nie odczułoby się większej różnicy. Zmarnowana szansa.

Tajemnice Laketop – a właściwie Sydney, bo tam przeniesiono akcję – przestały także ładnie wyglądać. Już nawet nie mówię, że operatorom udało się ani razu nie pokazać Sydney Opera House, a całość równie dobrze mogłaby się dziać w Helsinkach, Amsterdamie albo Warszawie. Znikł gdzieś ten rozmach, który było widać wcześniej. Bohaterka jeździ między jednym, drugim, trzecim domem, ewentualnie możemy ją oglądać w samochodzie. Znikły pomysłowe ujęcia, ładne, jakby przydymione barwy. Kadry są dość kolorowe, ale zwyczajne, przeciętne, nie przyciągają uwagi.

A głupot scenariuszowych, niewyjaśnionych historii albo porzuconych wątków jest tu jeszcze więcej. Na przykład, w świecie tego serialu, jeśli mężczyzna napada na Robin Griffin, próbuje ją udusić, ona z nim walczy, zdobywa przewagę i w napadzie furii okłada metalowym prętem, podczas gdy całość nagrywają kamery, a strażnicy budynku śledzą wydarzenia na monitoringu, nie trzeba tego wątku ciągnąć. Mężczyzna po prostu znika z serialu bez słowa (choć na jego nadejście szykowano widzów przez dwa odcinki), a Robin wprawdzie z serialu nie znika, ale więcej na ten temat nie mówi. Nie wiemy nawet, czy którekolwiek z nich spotkały jakieś konsekwencje.

Nie mam problemu z powolnym prowadzeniem akcji, rezygnowaniem z szaleńczych pościgów i strzelanin na rzecz rozwijania postaci. Ale trzeba to robić z głową. Wątek kryminalny może być pretekstem fabularnym, ale musi być spójny. Tajemnice Laketop ignorują wszelkie prawdopodobieństwo, logikę, związki przyczynowo-skutkowe i podstawowe zasady prowadzenia narracji. Do tego w serialu zebrano wiele wątków, żadnemu z nich nie poświęcając więcej czasu. Mamy tutaj bowiem kazirodztwo, gwałt, handel narkotykami, handel kobietami, samobójstwa, chorych na raka, korupcję wśród policjantów, morderstwa oraz oczywiście sporo nagości i seksu – bo przecież, wybaczcie sarkazm, było za dużo scen dotyczących fabuły i trzeba było trochę wyciąć, żeby nie przytłoczyć widza galopującą akcją.

Nie spodziewałam się, że Tajemnice Laketop zrewolucjonizują telewizję albo gatunek kryminału. Spodziewałam się czegoś bardziej w rodzaju Broadchurch – które notabene bardzo lubię, a które o niebo lepiej poradziło sobie z oklepanym wątkiem małej społeczności poruszonej jakimś ważnym wydarzeniem oraz policjanta ze skomplikowaną przeszłością. Nawet po zmianie oczekiwań oglądało się z trudem. Temat, nawet jeśli trochę już zużyty i przerobiony na sto sposobów, naprawdę można było omówić lepiej, czego dowodem chociażby tegoroczne Wielkie kłamstewka (w których swoją drogą Nicole Kidman zagrała fantastycznie). Tymczasem Tajemnice Laketop to po prostu średni melodramat z cukierkowymi rozwiązaniami, ze wstawkami kryminalnymi, zdecydowanie niegodny tak wysokich ocen i pochwalnych recenzji.

Tekst pierwotnie opublikowano na portalu film.org.pl.