UWAGA: TEKST ZAWIERA SPOILERY.

Pierwszy sezon The Umbrella Academy spotkał się z bardzo pozytywnymi recenzjami. Nie zdziwiłoby mnie to, gdyby recenzentami byli nastolatkowie, ale pochwałami zasypali serial także ludzie, którzy już niejeden film w życiu widzieli i powinni być w stanie odróżnić dobrą produkcję od złej.Nie mam nic przeciwko oglądaniu seriali dla młodzieży, sama robię to dość często, żeby odmóżdżyć się po pracy, nie uważam, że to coś złego, uważam natomiast, że nawet serial młodzieżowy powinien prezentować jakiś poziom.

Serial zrealizowano na podstawie komiksów The Umbrella Academy Gerarda Waya i Gabriela Bá. Za komiksami nie przepadam, tych również nie czytałam, nie będę się zatem wdawać w porównywanie oryginału z ekranizacją, oceniam wyłącznie to, co można obejrzeć na Netflixie.

Pomysł wyjściowy nie jest oryginalny, ale dobremu scenarzyście daje dużo możliwości. Pewnego dnia na całym świecie rodzą się dzieci, mimo że ich matki jeszcze rano nie były w ciąży. Pewien brytyjski ekscentryk, sir Reginald Hargreeves, odnajduje siedmioro takich dzieci i przyjmuje pod swój dach. Wychowuje je w sposób, łagodnie mówiąc, surowy, i szkoli, by ratowały świat w razie potrzeby. Oczywiście rodzeństwo bardzo się od siebie różni, z wiekiem każde idzie w swoją stronę, co tworzy między nimi spięcia. Gdy ojciec umiera, zjeżdżają się do domu na pogrzeb i zaczynają podejrzewać, że ich rodzic nie zmarł śmiercią naturalną.

Tak jak mówiłam – mało oryginalne, podobną historię opowiadają między innymi X-Men, w pewnym sensie Hellboy – ale dałoby się z tego skleić ciekawy serial. Dałoby się, ale tutaj nikt tego akurat nie zrobił.

umbrella academy klaus

Bohaterów – tych samych, których recenzje chwalą jako ciekawych, charyzmatycznych i intrygujących – charakteryzują po dwie cechy. Numer jeden, Luther, ma małpią klatę i móżdżek gołębia. Numer dwa, Diego, potrafi świetnie rzucać nożami i wnerwiać wszystkich w okolicy. Numer trzy, Allison, potrafi manipulować ludźmi za pomocą kwestii „Słyszałam plotkę, że…” i tęskni za swoją córką Claire. Numer cztery, Klaus, może rozmawiać ze zmarłymi i jest ciągle naćpany. Numer pięć (bez imienia) potrafi przenosić się błyskawicznie z miejsca na miejsce i zaginął, gdy był jeszcze dzieckiem. Numer sześć, Ben, umiał wypluwać sobie z klaty macki i rozszarpywać przeciwnika, ale zmarł w tajemniczych okolicznościach. Numer siedem, Vanya, nie jest w żaden sposób utalentowana.

I teraz zwróćcie uwagę, że jedna z tych cech, które wymieniłam, to nie rzeczywista cecha, tylko umiejętność, specjalizacja. Druga to coś, co ich spotkało, bądź rzecz, którą robią. Nie ma tutaj faktycznych cech charakteru, takich jak empatia, staranność, upór, uczciwość, altruizm, asertywność… Wymieniać można dużo, ale nadal nic nie pasuje do tych postaci. Nie angażują, ich przeżycia – nawet te teoretycznie dramatyczne lub przejmujące – są nieciekawe. Rozmowy między nimi nie ujawniają żadnej głębi, wręcz przeciwnie, wywołują trwałe odrętwienie szczęki od ziewania. Mogłyby być naszpikowane docinkami, złośliwościami, ale są ciągle o tym samym. Allison ma smutną minę, kiedy widzi dziecko, więc widz przypomina sobie, że matka tęskni za córką, a chwilę potem Allison oświadcza: „Tęsknię za moją córką”. Bo gdyby tego nie powiedziała, to byśmy na to nie wpadli. I na tym nie koniec, ona potem jeszcze idzie zadzwonić do córki i pociągając nosem, szepcze do słuchawki: „Tęsknię za tobą”. I niestety tego typu sceny to norma.

No ale ok, produkcja nie musi stać charakterami – często jest przecież tak, że bohater to tylko narzędzie dla scenarzysty, który swoją uwagę skupia przede wszystkim na akcji.

Nie łudźcie się. Ponieważ w dialogach mówi się w kółko o tym samym, łatwo wywnioskować, co stanie się dalej. Przewidywalność wydarzeń to kolejny gwóźdź do trumny The Umbrella Academy. Wszyscy podkreślają, że Vanya nie ma żadnych specjalnych umiejętności i nie jest utalentowana tak jak reszta jej rodzeństwa, więc już w pierwszym odcinku po trzecim takim stwierdzeniu łatwo zgadnąć, że jej moce są potężniejsze niż któregokolwiek z nich i z tego powodu ukryte. Skoro w jednej scenie Allison wypomina siostrze, że nie ma prawa udzielać jej porad na temat małżeństwa, bo nigdy z nikim nie była, wiadomo już, że chłopak, który puka do drzwi Vanyi w kolejnej scenie, będzie obiektem jej uczuć. Biorąc pod uwagę, że Vanya przez cały sezon odkrywa, co potrafi, już w drugim czy trzecim odcinku można wpaść na to, to ona wywoła apokalipsę. I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej.

Jest niby kilka strzelanek, kilka pościgów, kilka mordobić, ale to wszystko jest nierealistyczne. Serial stwierdza, że nasi bohaterowie mają takie a takie moce, nigdy nie stwierdza natomiast, że są szczególnie wytrzymali czy umieją lepiej się bić. Tymczasem żaden cios ich nie dosięga, żadna kula się ich nie ima, a przeciwnicy naszych superbohaterów wcześniej strzelali chyba tylko z broni dla małych dzieci. Przez całe dziesięć odcinków trafili w kogoś raz – tak, raz – a kule fruwały co chwila. Wszystkie trafiały w ziemię, w firankę, w wazon, nigdy w któregoś z bohaterów.

Do tego co druga scena jest rozciągnięta do granic niemożliwości. W momencie, kiedy zaczynamy myśleć: „Ok, już mogliby przestać rozmawiać i wziąć się do roboty”, należałoby przerwać – a scena trwa jeszcze dwie minuty. Co gorsza, dotyczy to również scen napisanych konkretnie z myślą o nastolatkach, które będą kwilić „Ojeeeej, jakie to słodkie, urocze, oni się tak kochają!”. W drugim odcinku bohaterowie z niezrozumiałych dla nas przyczyn zaczynają nagle tańczyć jak w najlepszym musicalu Bollywood, i tańczą, i obejmują się, i tańczą, i przytulają się, i tańczą, i wirują, i tańczą… A dorosły widz ma ochotę wydłubać sobie oczy.

Część aktorów występujących w serialu udowodniła już, że mają to nieuchwytne „coś”, są zapamiętywalni i umieją błysnąć. Potrafią to co najmniej Robert Sheehan, który zagrał w Wyklętych (Misfits) jedną z najciekawszych postaci, i Cameron Britton, który w Mindhunterze jako Edmund Kemper sprawiał, że człowiek nie mógł oderwać oczu od ekranu. Mylilibyście się jednak, myśląc, że tutaj też pokazali, co potrafią. Otóż nie, absolutnie wszyscy zagrali tutaj co najmniej średnio, poniżej swoich możliwości. Coś poszło bardzo nie tak, jeśli wśród czternastu regularnie pojawiających się aktorów nie ma ani jednej osoby, która pokazałaby coś ciekawego.

Najgorsze jest to, że pierwszy odcinek – mimo jednej czy dwóch słabszych scen – zapowiadał się nieźle. Drugi był trochę gorszy, ale wciąż dało się żyć. A im dalej, tym gorzej, szczególnie dla widza, który przez następne osiem odcinków łudzi się, że to tylko chwilowy spadek formy i następny odcinek będzie już naprawdę świetny. Nie? No to może chociaż finał, bo to przecież za chwilę. Po czym oglądamy finał i okazuje się, że cierpieliśmy na darmo. Bohaterowie ostatecznie cofają się w czasie, żeby zapobiec apokalipsie, unieważniając tym samym każdą sekundę naszej męczarni.

Serial nasuwa dużo pytań: skąd wzięły się te nagłe ciąże? Skąd te moce? Skąd sir Reginald Hargreeves wiedział, że dzieci będą miały moce? Jak dzieciaki w ogóle odkryły swoje moce? Skąd sir Reginald wiedział, że nadciąga apokalipsa? Co się stało z Benem, nieżyjącym chłopcem z mackami? Co się stało z resztą dzieci? Jaka jest przeszłość Pogo? Plus miliony innych pytań, które nasuwają się po każdym odcinku, ale nie będę się rozdrabniać. Oczywiście część odpowiedzi może przynieść drugi sezon, ale byłoby dobrze coś zarysować, zasugerować widzowi – na przykład wyciąć połowę melancholijnych lub rzewnych wzdychań i zrobić jakieś sensowne retrospekcje.

Pomysł wyjściowy był ciekawy, stwarzający duże możliwości nawet w obrębie znanych nam tropów i schematów, ale koszmarnie źle zrealizowany pod każdym względem. Naprawdę, nie broni się tu ani aktorstwo, ani scenariusz, ani fabuła, ani akcja, nic kompletnie. Jedyne co, to niezła muzyka, ale możecie ściągnąć ścieżkę dźwiękową i po prostu posłuchać utworów, zamiast tracić dziesięć godzin z życia na ten serial. Jeśli cenicie sobie swoje szare komórki, zrezygnujcie z oglądania The Umbrella Academy, żeby wam nie umarły od poziomu tego serialu.