„Westworld” – recenzja drugiego sezonu

Rok temu, kiedy zaczynała się emisja Westworld, do serialu przyciągnęły mnie dwie rzeczy. Pierwszą z nich było nazwisko Michaela Crichtona – mojego ukochanego pisarza, i zarazem scenarzysty i reżysera Świata Dzikiego Zachodu z 1973 roku. Drugą z nich było nazwisko Jonathana Nolana – człowieka, który był odpowiedzialny za jeden z najlepszych seriali XXI wieku (tak, tak), czyli Wybranych/Impersonalnych (Person of Interest).

To wystarczyło, żeby mnie zainteresować, choć nie zamierzam ukrywać, że obsadzenie Anthony’ego Hopkinsa i Eda Harrisa dodatkowo mnie ucieszyło, bo obu bardzo lubię i cenię.

Pierwszy sezon nie był może szczególnie odkrywczy – sztuczna inteligencja, przebłyski świadomości, wyznaczanie granic maszynom i ludziom – ale oglądało się go z zainteresowaniem i rzeczywiście wciągał. Drugi sezon… Cóż, odnoszę wrażenie, że Jonathan Nolan spędził za dużo czasu ze swoim bratem Christopherem i fatalnie się to odbiło na jakości nowego Westworld. Jest przekombinowany, od początku wiadomo, o co chodzi, nie trzyma w napięciu i widać błędy w narracji – czyli to w zasadzie serialowa wersja Prestiżu.

Tym razem od początku wiemy, że oglądamy retrospekcje. To automatycznie nudzi, bo skoro już wiemy, jak się sezon skończy, to po co oglądać następne odcinki? Mówi się, że nie chodzi o dotarcie do celu, a o samą podróż, ale nie w tym przypadku. Bohaterowie snują się, wygłaszają nudne, patetyczne przemówienia, oczywiście z odpowiednią dawką metafor, żeby przypadkiem ktoś nie zrozumiał, o czym oni właściwie mówią („Znałaś tego wojownika”. „Kim on jest?”. „Zjawą z poprzedniego życia, która nawiedza moje sny”.). Retrospekcje miały chyba zaintrygować widza, skłonić go, by obejrzał sezon do końca, ale podczas oglądania ciągle myślałam „O, pewnie będzie tak”, okazywało się, że miałam rację… i tak cały czas. W dodatku były bardzo wymieszane: część rzeczy działa się jeszcze przed otwarciem parku, część przed wydarzeniami z pierwszego sezonu, część po nich. Nie jestem idiotką i oglądałam uważnie, ale chwilami naprawdę nie było jasne, co się kiedy dzieje i jakie to w ogóle ma znaczenie dla fabuły. Po finale okazało się, że niewielkie.

A to i tak nie było najgorsze, co może spotkać Bogu ducha winnego widza podczas oglądania drugiego sezonu. Nie było rewelacyjnie, ale do siódmego odcinka dało się przeżyć… A potem scenarzyści, którzy chyba nie mieli zielonego pojęcia, co dalej zrobić z bohaterami, wyciągnęli na pierwszy plan statystę – Zahna McClarnona w roli Akechety, przywódcy Indian, do tej pory pojawiającego się dosłownie przelotnie – i poświęcili mu całą godzinę. Żeby jeszcze Akecheta miał jakieś ciekawe wspomnienia, to może dałoby się przeżyć – ale nie, przez całe sześćdziesiąt minut odcinka oglądamy, jak smętnie wzdycha do swojej ukochanej i górnolotnie monologuje o miłości („Zabierz me serce, gdy odejdziesz…”. „A ty zabierz moje…”.). Najbardziej fascynuje mnie to, że wszyscy krytycy i fani jak jeden mąż upierają się, że był to najlepszy odcinek Westworld, podczas gdy ja upierałabym się, że był najsłabszy. Był jednym z najsłabszych odcinków jakiegokolwiek serialu, który widziałam.

maeve westworld

Ogólnie rzecz biorąc, im dalej, tym gorzej. Przez cały sezon było może pięć ciekawych scen, głównie jednak postacie włóczyły się po parku, poziomem mglistości wypowiedzi dorównując chwilami Norwidowi. Odrobinę urozmaicenia wprowadza Dolores, bo między jednym niejasnym frazesem a drugim przynajmniej strzela do wszystkiego, co się rusza, i postacie z drugiego parku z samurajami. Ich wątek służy wprawdzie tylko temu, by pokazać, że historie bohaterów są boleśnie powtarzalne, ale przynajmniej dowiadujemy się więcej o mechanizmie działania Westworld.

Najciekawszy w drugim sezonie – moim zdaniem bezdyskusyjnie – był wątek Mężczyzny w czerni. Choć Eda Harrisa nie wykorzystano w stu procentach, akurat retrospekcje związane z tym bohaterem dopowiadały sporo rzeczy z jego przeszłości i potrafiły zainteresować. W teraźniejszości Mężczyzna w czerni robił to samo, co poprzednio, czyli tajemniczo szwendał się po parku, fantastycznie strzelał, enigmatycznie groził innym postaciom i bez trudu wychodził obronną ręką z opresji, ale za to dopadła go mania prześladowcza. Ma obsesję na punkcie Roberta Forda i widzi go wszędzie, niezależnie od tego, czy ma to sens, czy nie. Szkoda, że ten wątek nie był motywem przewodnim – serial mógłby dużo zyskać.

Finał drugiego sezonu zostawia widza z kilkoma pytaniami, ale nie zrzuca mu na głowę żadnej bomby, nie sprawia, że ma się ochotę natychmiast obejrzeć całość od nowa. Wrażenie robią pejzaże i aktorstwo – no, za wyjątkiem Evan Rachel Wood, która mogłaby wiarygodnie zagrać kawałek drewna, ale nie żądnego krwi robota z uczuciami. Fabuła, czyli to, co zawsze w pierwszej kolejności stanowi o jakości jakiekolwiek serialu, prawie w ogóle nie istnieje. Potencjał, jaki dawał poprzedni sezon, w sporej części zmarnowano. Pozostaje mi mieć nadzieję, że trzeci sezon – który planuję obejrzeć ostatkiem sił – znacznie się poprawi. Póki co Westworld cierpi na przesyt formy nad treścią – a ja jednak lubię harmonię.

Tekst pierwotnie ukazał się na portalu film.org.pl