Najczęściej czytanym tekstem na moim blogu od dawna jest artykuł o tym, jak pisać e-maile do prowadzących. Pomyślałam jakiś czas temu, że może warto by dorzucić do kompletu coś na temat pisania pracy magisterskiej, ale przyszło mi do głowy, żeby najpierw sprawdzić, co już istnieje w sieci. No to wpisałam w Google hasło „jak napisać pracę magisterską” i wszystkie pochodne, jakie mi podpowiedziała wyszukiwarka.

Nie będę nikogo pokazywać palcem, ale połowa osób, których blogi czy strony się wyświetlają, nie powinna nigdy udzielać nikomu rad. Na żaden temat. Był jeden tekst z pobieżnymi wskazówkami w stylu „napisz konspekt”, ale puenta piękna: „Jeśli nie masz czasu, zleć to komuś innemu” plus link do strony. Idę o zakład, że to jakaś płatna współpraca. Jeden tekst będący bezczelną reklamą książki, którą trzeba kupić, żeby dowiedzieć się, jak napisać pracę. Jeden tekst będący studium konkretnego przypadku. Jeden tekst, według którego nie masz szans napisać pracy, jeśli nie stosujesz metody Pomodoro, miliona wtyczek, zakreślaczy Stabilo i setki notatek, najlepiej pisanych maszyną firmy Royal Quiet de Luxe należącej kiedyś do Iana Fleminga.

Nie, nie, nie.

Wyrzućcie to wszystko przez okno i nigdy więcej nie słuchajcie takich porad.

Zanim przejdę do meritum, jedna ważna sprawa.

To artykuł dla osób, które rzeczywiście chcą napisać wartościowy tekst, z którego będą zadowolone. Ale jeśli czytacie ten wpis, bo chcecie dowiedzieć się, jak szybko napisać pracę magisterską, możecie w tej chwili zamknąć okienko i wyjść. Aczkolwiek jeśli wpisaliście w Google hasło „jak napisać pracę magisterską”, bo nie macie serca do swojej magisterki i zastanawiacie się, czy to z wami jest coś nie tak, czy ze studiami, to jeszcze nie rezygnujcie.

A teraz do brzegu.

Pisanie magisterki to z jednej strony dużo, naprawdę dużo pracy, a z drugiej strony olbrzymia satysfakcja. Ale będziecie mieli satysfakcję – taką głębszą niż „ufff, w końcu odhaczone” – tylko wtedy, kiedy będziecie pisać o czymś, co was interesuje. Dlatego, że dowiecie się przy okazji wielu ciekawych rzeczy, nawet jeśli ostatecznie nie trafią do waszej pracy.

Jak wybrać temat pracy magisterskiej

Temat pracy jest najważniejszy, bo wiadomo, bez niego nie ma co zaczynać. Zwykle najpierw wybiera się seminarium o określonym temacie, potem ustala z prowadzącym temat. W idealnym świecie trafisz od razu na to, co Cię najbardziej interesuje, w praktyce może być różnie. Niezależnie od tego, jak to wygląda w Twoim instytucie, powiem tyle: nie zrażaj się. Jeśli seminaria rozłożyły się akurat tak, że  nie ma nic, co by Cię chociaż trochę interesowało, zorientuj się, czy nie ma możliwości chodzić indywidualnie do wybranego prowadzącego, który zajmuje się tym, o czym chcesz pisać. Idź do niego na konsultacje albo podejdź do dziekana od spraw studenckich. Zapytać nie zaszkodzi, jeśli dobrze uargumentujesz chęć zmiany, może się udać. Prowadzący raczej sprzyjają studentom, którzy wykazują inicjatywę.

I nie daj wmusić sobie czegoś, co masz głęboko w nosie. Mnie promotor zmusił do pisania na temat, który jemu się podobał, a mnie mało obchodził. Skończyło się tak, że napisałam pierwszy rozdział, po czym zostałam miażdżąco skrytykowana, bo on sobie inaczej to wyobrażał. Powiedziałam „Dobrze, rozumiem”, a na kolejne konsultacje przyszłam z papierkiem, że proszę o zmianę promotora. Nie ma sensu się zmuszać, prawdopodobnie i tak tego nie napiszesz (chyba że jesteś urodzonym copywriterem – ja nie jestem). Wybierz coś, co chociaż trochę Cię interesuje.

Przygotowania

Załóżmy, że masz wybrany temat i jest świetny, palce Cię świerzbią. Co dalej?

Przede wszystkim – określ, jaką masz tezę. To bardzo ważne. Praca magisterska to taka rozbudowana rozprawka – musisz wiedzieć, co chcesz udowodnić.

Co do zasady można do pracy magisterskiej podejść na dwa sposoby: można wziąć dobrze zbadany temat i po prostu prześledzić bibliografię (o tym dalej) lub można wziąć mało zbadany temat, prześledzić ochłapy bibliografii i samodzielnie analizować materiał. Na etapie pracy magisterskiej nie ma nic złego w pisaniu o temacie, który jest dobrze zbadany – pod warunkiem, że robisz to solidnie i rzetelnie.

Niezależnie od tego, którą ścieżkę wybierzesz, jeśli prowadzący zgodzi się na zaproponowany przez Ciebie temat, potem nadchodzi to, co doprowadza do rozpaczy tysiące studentów – czyli tak zwane badania naukowe. Idę o zakład, że właśnie jesteś na tym etapie i szukasz wskazówek.

Od pomocy w tym jest promotor, ale niestety różnie im to idzie (wiem z własnego doświadczenia, niestety). Rzetelny promotor wskaże Ci konkretne publikacje bądź autorów, z którymi trzeba się zapoznać. Jeśli tego nie zrobi, niestety musisz kombinować na własną rękę.

Badania naukowe – kilka porad

Po pierwsze: jeśli promotor podał Ci jakieś tytuły, zamawiasz wszystko w bibliotece, siadasz w czytelni i ryjesz nosem po kartkach, aż znajdziesz to, co trzeba. Nie ma innej opcji, nie ma magicznego skrótu.

Po drugie: nawet jeśli nie znajdziesz tam tego, co potrzebujesz, zajrzyj do bibliografii. Spisz tytuły, które mogą się przydać. Powtarzaj ten proces, aż znajdziesz odpowiednie publikacje albo aż wyrzucą Cię z czytelni.

Po trzecie: skorzystaj z pomocy bibliotekarza. Zawsze. Raczej nie będą się znali konkretnie na tym, o czym piszesz, ale istnieją bibliografie, spisy, wyszukiwarki. Zadaniem bibliotekarza jest podpowiedzieć Ci, gdzie możesz znaleźć potrzebne informacje. Biblioteki, zwłaszcza uniwersyteckie, mają też często dostęp do wyszukiwarek, o których zwykli śmiertelnicy nawet nie wiedzą. I często dostęp do nich jest wyłącznie z czytelni, nie z domu.

Po czwarte: nie ma nic złego w googlowaniu informacji. Ale pamiętaj, by zweryfikować absolutnie wszystko, zapisać każdy link (o tym, jak to sprytnie zrobić, także będzie dalej), każdą publikację. Potem zamawiasz książki/czasopisma w bibliotece i po prostu weryfikujesz informacje. Jeśli piszesz o temacie, o którym nie ma jeszcze publikacji papierowych, skrupulatnie archiwizuj wszystkie strony wraz z datą dostępu (w Internecie – wbrew pozorom – nic nie jest na zawsze).

W pewnym momencie, szukając informacji, poczujesz odrętwienie. Stwierdzisz, że już dalej nie możesz. Nie pamiętasz, czego potrzebujesz, nie wiesz, po co masz przed sobą książkę o przekładzie Biblii przez Jakuba Wujka, skoro piszesz o Tadeuszu Różewiczu, a w ogóle to chyba ciekawsze wydawały się bajki Stanisława Trembeckiego, które po drodze były konieczne do zbadania wpływu mitologii skandynawskiej na pentametr jambiczny.

To normalne. To taki uniwersytecki odpowiednik sprzątania domu, wywalenia wszystkiego na podłogę, po czym stwierdzenia, że nie masz już siły i upchnięcia tego z powrotem w szufladzie. Ale nie rób tego. Takie chwile to świetny moment, żeby zrobić sobie przerwę od badań. Może być pół godziny, mogą być dwa dni, może być nawet tydzień. Byle nie pół roku.

Po przerwie zerkniesz na to wszystko na świeżo, przypomnisz sobie, o czym piszesz, rzucisz w kąt Biblię, młot Thora, oświecenie oraz poetykę i skoncentrujesz się znów na Różewiczu. To jest ten moment, kiedy potrzebujesz mieć kotwicę w postaci tezy, wokół której komponujesz pracę. Nie masz tezy, gubisz się, grzęźniesz, toniesz.

Najlepiej jest najpierw zrobić badania, potem dopiero pisać. Masz wtedy przekrój tekstów, opinii, wybrane tylko to, co potrzebujesz, konsultujesz to na bieżąco z promotorem (i nie chowasz się w toalecie na jego widok, bo pewnie spyta, jak Ci idzie praca). To pomaga w zdystansowaniu się i pomaga później przy już faktycznym pisaniu pracy magisterskiej. Jeśli równocześnie prowadzisz badania i piszesz tekst… Cóż, jeśli masz bardzo przenikliwy umysł, pewnie dasz sobie radę. Ale raczej się pogubisz, stwierdzisz, że ten ukochany i wymarzony temat to jednak najgorsze cholerstwo świata i na co Ci ten tytuł. W międzyczasie pobłądzisz pięć razy i będziesz kląć, na czym świat stoi.

Porządkowanie bibliografii

Oto coś, czego prawdopodobnie żaden promotor – szczególnie ten trochę starszy – Ci nie powie.

Nie musisz zapisywać każdego źródła na oddzielnej kartce, w osobnym pliku, gubić tego po pięć razy i zapominać, gdzie co było.

Jest narzędzie do porządkowania bibliografii.

Dowiedziałam się o jego istnieniu, kiedy byłam na czwartym roku polonistyki, ale na zajęciach z innego kierunku. Przeżyłam pisanie pracy magisterskiej tylko dzięki temu, bo akurat zaczynałam.

Narzędzie nazywa się Zotero – i pozwala na archiwizowanie książek, artykułów naukowych, stron internetowych. I, co najlepsze, jest darmowe.

Działa w taki sposób, że wprawdzie najpierw wklepujesz ręcznie dane książki lub czasopisma, ale potem podczas pisania pracy po prostu wywołujesz odpowiednie okienko, wybierasz właściwe źródło, przypis robi się sam. Do przeglądarki dodajesz skrót, zapisujesz dowolną stronę, cyk, gotowe. A jak już napiszesz całą pracę, to potem kilkoma kliknięciami program sam wygeneruje Ci bibliografię. Magia.

Pamiętaj, że do bibliografii poza analizowanym dziełem/dziełami musisz włączyć absolutnie wszystko, co pojawia się w przypisach, oraz lektury pomocnicze. Nawet jeśli ostatecznie nie cytujesz danego artykułu, ale dotyczył bezpośrednio Twojej pracy, lepiej go włączyć do spisu, żeby pokazać, że znasz ten tekst.

I pamiętaj, że jeśli wpiszesz cokolwiek do bibliografii, komisja na obronie ma prawo Cię o ten tekst zapytać. Ale pamiętaj też, że jeśli tylko jeden rozdział albo kilka stron z całego opasłego tomu rzeczywiście wnosiło cokolwiek do Twoich badań, wystarczy, że w bibliografii dodasz liczbę stron lub rozdział. Wtedy obowiązuje Cię znajomość tylko tego, co jest w tym fragmencie. Twórz bibliografię świadomie.

Pisanie

Zwykle przyjmuje się pierwszy rok studiów magisterskich (jeśli są podzielone na pierwszy i drugi stopień) na przygotowanie badań, drugi rok na pisanie. Ale nie łudźmy się, przygotowania prawdopodobnie zajmą Ci więcej czasu niż samo pisanie.

I na pisanie nie ma rady. Po prostu trzeba to zrobić.

Na pocieszenie powiem, że zaczynamy zawsze od farszu. Dopiero kiedy przeprowadzisz analizę, możesz napisać wstęp i zakończenie. Ja bardzo często do tej pory to stosuję – zwłaszcza że na początku lepiej idzie mi pisanie środka, a wstęp i zakończenie powinny mieć jakąś klamrę kompozycyjną. Łatwiej to wymyślić do gotowego, napisanego tekstu niż do literek w mojej głowie.

Pamiętaj o jednej rzeczy: cytowanie w pracy naukowej jest pożądane, ale musi być zrobione mądrze. Jeśli cytujesz, to musisz omówić, co ten fragment wnosi i jak się ma do Twojej pracy. Nie możesz po prostu przepisać kawałka tekstu i pójść dalej. Do tego przypominam, że uczelnie mają swoje systemy wykrywające plagiaty – i nadmierne cytowanie również dyskwalifikuje pracę.

O tym, jak się zabrać za pisanie, powiedziano już dużo, i ja też w pewnym momencie dorzucę swoje trzy grosze na ten temat. Najlepszą radą, jaką możecie dostać, jest: nie czekaj na wenę. Po prostu pisz. Serio, po prostu zacznij. Stopniowo się wkręcisz, ucieszysz się, że już masz stronę. O, trzy. O, piętnaście! Ups, ten rozdział jakby trochę za długi…

Na ten tekst, który właśnie czytasz, też nie miałam zapłonu. Ale po prostu chciałam i się zawzięłam.  A w tej chwili liczy ponad dziewięć tysięcy znaków…

Ostatnie szlify

Rzecz wbrew pozorom nie oczywista – daj to komuś do przeczytania, zanim oddasz całość promotorowi. Wcześniej pewnie czytał rozdziały na kolejne zaliczenia – powinien Ci pomóc merytorycznie. Większość promotorów zignoruje za to błędy stylistyczne czy językowe, bo sami też je robią – skupią się na treści. Ale forma też ma znaczenie.

Jeśli możesz sobie na to pozwolić, zwróć się do korektora, najlepiej takiego, który orientuje się trochę w tym, o czym piszesz. Wstępne rozeznanie na temat jego umiejętności możesz przeprowadzić samodzielnie.

Pamiętaj przy tym, że jeśli napiszesz do niego w piątek, a konsultację u promotora masz w poniedziałek, korektor na pewno zaśpiewa sobie wyższą stawkę za pracę w weekend i za krótki czas realizacji. Coś za coś.

Jeśli nie stać Cię na korektora, poproś rodzinę, znajomych, koleżankę ze studiów. To nie będzie na pewno profesjonalna korekta, ale pewnie wypatrzą Ci jakieś literówki, może niespójności w zdaniach, skróty myślowe. Wiele osób, które się do mnie zwraca z prośbą o korektę jakiegoś tekstu, mówi, że bardzo pomaga im włączenie czytania tekstu na głos w Wordzie. Nagle słyszą błędy i dzięki temu samodzielnie potrafią je wyłapać i skorygować. To też dobra opcja.

Po tym wszystkim pozostaje oddać tekst promotorowi, wydrukować pracę, oprawić ją i czekać na obronę.

I to jest ten moment, w którym wracamy do innych blogerów czy… fachowców… radzących, że w sumie to można komuś zapłacić, niech napisze za Ciebie.

Dlaczego nie warto płacić za to, żeby ktoś napisał za Ciebie pracę?

Abstrahując od tego, że:

– to niezgodne z prawem,

– nieuczciwe,

– uczelnia może wyłapać plagiat…

Co, mam podać jeszcze jakiś inny powód? Te trzy nie wystarczają?