Krótko i na temat: „Wszystko czerwone” Joanny Chmielewskiej

Krótko i na temat: „Wszystko czerwone” Joanny Chmielewskiej

W moim domu książki Joanny Chmielewskiej były od zawsze. Na niektórych są nawet koślawe kreski długopisem na kartkach – mała Kornelia zdążyła się dorwać do książek i ćwiczyć na nich pisanie… ale jak już zaczęłam czytać, to dość szybko zabrałam się za Chmielewską. Jej książki są fantastyczne – tryskają przygodą, humorem i kryminałem.

Akcja dzieje się w Danii. Joanna, główna bohaterka, przyjeżdża do swojej przyjaciółki Alicji na wakacje. Wakacje były starannie planowane, u Alicji miało być pusto, miała panować cisza i spokój, ale oczywiście akurat wtedy zjechali się wszyscy znajomi. I od razu pierwszy wieczorem towarzyski kończy się trupem w fotelu. Alicja, która marzyła o wypoczynku, nie jest zachwycona, ale niestety nie będzie jej dane – nie dość, że przyjeżdżają do niej kolejni goście, to jeszcze musi ciągle wzywać policję do kolejnych zwłok. I rzeczywiście wszystko jest czerwone – od koszul przez lampy po maskę do twarzy.

Jeśli tylko będzie odpowiadał wam humor Chmielewskiej, prawdopodobnie przeczytacie Wszystko czerwone za jednym posiedzeniem. Czytałam tę książkę tyle razy, a wciąż mnie bawi!

To coś w rodzaju komedii kryminalnej – ale z naprawdę zabawnym humorem sytuacyjnym i ciekawą intrygą. Alek Rogoziński próbuje to naśladować, ale z nieco gorszym skutkiem.

Nowsze książki Joanny Chmielewskiej są zdecydowanie słabsze, więc lepiej sięgnąć po starsze pozycje. W razie pytań lub wątpliwości służę pomocą, na moim blogu jest także tekst o pięciu najlepszych książkach Chmielewskiej.

Ostatnio media namiętnie lansują Katarzynę Bondę na królową kryminału. Zachęcam marketingowców, żeby zapoznali się z twórczością Joanny Chmielewskiej i przemyśleli swoje życie.

Krótko i na temat: „Kallokaina” Karin Boye

Krótko i na temat: „Kallokaina” Karin Boye

Kallokaina, powieść dystopijna szwedzkiej autorki Karin Boye, została wydana w 1940 roku. To znaczy w Szwecji, bo Polska jak zwykle obudziła się po czasie – Kallokaina ukazała się u nas w 2018 roku. Obiło mi się o uszy, że to klasyk literatury dystopijnej, więc nie mogłam odpuścić, bo uwielbiam ten gatunek.

Głównym bohaterem jest naukowiec Leo Kall – naiwny idealista, który stworzył serum prawdy. Podaj je człowiekowi, a przez kilkanaście minut będzie mówił tylko prawdę, tylko to, co naprawdę myśli. Świetny plan, nie?

Kall jest tak oddany swojej pracy i państwu, że nie dostrzega jego totalitaryzmu, ograniczeń. Wydaje mu się, że to normalne, że w sypialni małżeńskiej zamontowano aparat pozwalający na podglądanie i podsłuchiwanie („Byłem zmuszony powiązać policyjne oko i ucho z niezadowalającym wskaźnikiem przyrostu naturalnego w Państwie Świata” – no shit, Sherlock!), że w windzie nie można rozmawiać (na pewno spiskujesz!) albo że gdy dziecko skończy siedem lat, rodzice muszą je oddać do obozu szkoleniowego. Nie dostrzega też niebezpieczeństw kryjących się za serum, które stworzył.

Na książce niestety się zawiodłam. Jest bardzo nieprzyjazna w odbiorze – to ściany tekstu. W dodatku tekstu trudnego: zdania złożone, zawikłane, najeżone informacjami, zwrotami, które trzeba rozwikłać, żeby zrozumieć, o czym jest mowa. Pomysł na powieść ciekawy, realizacja słaba.

Kallokaina powstała osiem lat po publikacji Nowego wspaniałego świata, ale dziewięć lat przed Rokiem 1984, z którym ma najwięcej wspólnego, jeśli chodzi o światotwórstwo.

Kallokaina była główną inspiracją dla filmu Equilibrium. Moim zdaniem niezbyt dobrego, ale to rozmowa na inną okazję…

Krótko i na temat: „Nie mów nikomu” Harlana Cobena

Krótko i na temat: „Nie mów nikomu” Harlana Cobena

Skończyłam jakiś czas temu czytać Nie mów nikomu Harlana Cobena. To już chyba trzecia albo czwarta książka jego autorstwa, którą czytam, ale też kolejna, która mnie nie wciągnęła.

Głównym bohaterem książki jest David Beck – lekarz, wdowiec. Jego żona Elizabeth została porwana i zamordowana osiem lat wcześniej, on cudem przeżył. Choć minęło już trochę czasu, wciąż rozpamiętuje jej śmierć, nie związał się z nikim na dłużej.

Pewnego dnia dostaje wiadomość, którą mogła mu wysłać tylko Elizabeth. Na początku niepewny, a w miarę upływu czasu coraz bardziej przekonany, że jego żona jednak żyje, zaczyna śledztwo na własną rękę.

Pomysł sam w sobie mało oryginalny, choć można było go ograć na kilka ciekawych sposobów. Coben jednak na zmianę albo się wysila, jeśli chodzi o fabułę, albo w ogóle się nie stara. Bez trudu można też odgadnąć, czy tajemnicza wiadomość rzeczywiście przyszła od Elizabeth, czy ktoś się pod nią podszywa. Zero napięcia, emocji, zagadki.

Coben często skacze między narratorami. Na tyle często, że to mocno rozprasza i wybija z rytmu. Trzeba się przestawić, przypomnieć sobie, kto mówi, a jak już sobie przypomnisz, to zastanawiasz się, czemu w ogóle miała służyć ta zmiana.

Dużym minusem są też stereotypowe postacie: idealna żona, przygnębiony mąż, niesympatyczny teść, przydatny gangster, antypatyczny policjant…

To nie jest zła proza, ale po prostu mało wciągająca, zwłaszcza jak na kryminał. Być może osoba, która dopiero zaczyna przygodę z tego typu literaturą, będzie się dobrze bawiła, ale jeśli ktoś przeczytał już wiele kryminałów i zwraca uwagę na schematy lub chwyty, szybko domyśli się, jak potoczy się akcja.

Krótko i na temat: „Edycja tekstów” Adama Wolańskiego

Krótko i na temat: „Edycja tekstów” Adama Wolańskiego

Powszechnie mówi się, że Edycja tekstów to biblia edytorów, poleca się ją każdemu początkującemu korektorowi, a jeszcze częściej osobom, które chcą zadbać o poprawność językową swoich tekstów.

Ja podchodzę do Edycji tekstów z rezerwą. Mam ją, bo była mi potrzebna na studiach. Pamiętam zajęcia z redakcji tekstu, na których musieliśmy przepisywać regułki. Pamiętam kolokwia, na których sprawdzano, czy wykuliśmy, jak zapisywać imiona i nazwiska dalekowschodnie.

Zgadnij, jak często była mi ta wiedza potrzebna i jak się to ma do redakcji tekstu.

OK, przydała się kilka razy. Sprawdziłam, co potrzebowałam, odłożyłam. Zbiera kurz.

Redakcja tekstu to poprawianie stylu – a ta książka uczy przede wszystkim, jak tekst formatować. To coś zupełnie innego. Więc ani mi się zajęcia nie przydały (dwa semestry!), ani książka nie pomogła.

Niby Edycja tekstów może się przydać do tworzenia bibliografii czy przypisów. Tyle że teraz dużo źródeł znajduje się w Internecie, ludzie nawet do lektury słowników, poradników i artykułów wykorzystują czytniki.

Ta książka była wydana w 2008 roku. Jak myślisz, czy są tam aktualne zalecenia?

Noooo… nie. Powszechnie przyjęte metody konstruowania przypisów do nietypowych źródeł mocno się zmieniły.

Tyle że jedyną alternatywą dla niektórych informacji jest wyłącznie Internet.

A, i nie przydały mi się też nigdy zasady zapisywania imion i nazwisk dalekowschodnich. Bo kolejność Imię Nazwisko nie zawsze tam obowiązuje. Jeśli ktoś żyje lub pracuje za granicą, wtedy stosuje się kolejność zachodnią. Ale to w praktyce jest bardzo trudne, bo te informacje nie zawsze są łatwo dostępne. I co wtedy? Na to pytanie już Wolański nie odpowiada.

Niektórym korektorom pewnie się przydaje. Ale jeśli chcesz poprawić swój styl, trzeba szukać gdzie indziej.