Przeczytałam „Pod kluczem” Ruth Ware w dwa dni. To samo w sobie stanowiłoby niezłą recenzję – choć książka też nie jest obszerna – gdyby nie to, że jest… tak prosta.

„Pod kluczem” to historia Rowan, która przyjmuje posadę niani w domu zamożnych architektów, państwa Elincourtów. Posadę na dłużej, bardzo dobrze płatną, do tego jeszcze z zakwaterowaniem i wyżywieniem. Rodzice czwórki dzieci z uwagi na pracę często wyjeżdżają, więc Rowan ma się nimi opiekować na miejscu. Dom to dziwne pomieszanie nowoczesności i wiktoriańskiego stylu: z jednej strony stary budynek, drewniane podłogi i tajemniczy ogród, z drugiej wszędzie kamery, aplikacje, dotykowe panele, których bez tytułu doktora nie da się obsługiwać.

Elincourtowie rzucają Rowan na głęboką wodę, wyjeżdżając już następnego dnia po jej przybyciu do domu. Nie miała nawet kiedy się wdrożyć, więc dziewczyna musi radzić sobie sama. Zaczyna się czuć nieswojo, bo w domu zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Drzwi i podłogi skrzypią. Przedmioty znikają i pojawiają się same z siebie. Ktoś co noc przechadza się po strychu nad pokojem Rowan, choć nie ma szans, żeby ktokolwiek tam był. Ot, klasyka horroru, zabrakło chyba tylko brzęku łańcuchów i upiornego, opętanego wycia.

Autorka wykorzystuje niemal wszystkie możliwości, jakie daje jej narracja pierwszoosobowa w powieści epistolarnej. Opowiada o uczuciach bohaterki zostawionej samej sobie w ogromnym, pustym domu. Wykorzystuje to, że bohaterowie mogą zakłamywać rzeczywistość, i wprowadza nieoczekiwane zwroty akcji. Rowan na podstawie własnych obserwacji dopowiada sobie niektóre rzeczy, nawet jeśli niekoniecznie ma rację.

Ale mimo tego, że Ruth Ware mogła skorzystać ze swobody narracyjnej… niewiele zaskakuje w tej książce. Jej największym minusem jest przewidywalność. Owszem, jest tu kilka zwrotów akcji. Z tych większych, ważniejszych, jeden mnie odrobinę zdziwił, ale już drugi zirytował. Dwa kolejne odgadłam. Być może to przekleństwo skończonych studiów filologicznych, ciekawych zajęć o teorii literatury oraz wielu, naprawdę wielu przeczytanych kryminałów czy thrillerów. Na tym etapie nie jestem w stanie ocenić, czemu tak mało powieści sensacyjnych rzeczywiście mi się ostatnio podoba. Lubię je, więc czytam, i to dużo, ale nie zaskakują mnie.

Do tego historia zaczyna się natomiast od końca. Narrację prowadzi bowiem Rowan z więzienia, gdzie trafiła po śmierci jednego z dzieci Elincourtów, oskarżona o morderstwo. Pisze bardzo długi list do adwokata, z którym chciałaby się skontaktować, wierząc, że uda mu się ją wybronić, choć opinia publiczna już dawno ją osądziła i skazała. Dobrze napisaną historię czyta się z zapartym tchem, nawet jeśli już znamy zakończenie, ale tutaj niestety trudno o wypieki, bo łatwo odgadnąć przebieg wydarzeń.

Osoby, którym wiedza teoretyczna o literaturze nie odebrała przyjemności z czytania, pewnie bardziej polubią tę powieść. „Pod kluczem” to sympatyczna, stosunkowo krótka historyjka. Nie wymaga wiele uwagi, jest prosta i nawet jeśli domyślisz się rozwiązania jeszcze przed połową książki tak jak ja, to wciąż miło spędzisz czas. Ot, idealna lektura do pociągu albo na plaży.

PS Ostatnio spędzam dużo czasu w starym mieszkaniu z drewnianą podłogą, która skrzypi od tego, że na nią spojrzę. Nie powiem, chciało mi się śmiać, jak bohaterka histeryzowała, że podłoga tajemniczo trzeszczy. Cienias.